Gabriel otworzył jej drzwi samochodu, nie dlatego, że nie mogła, ale dlatego, że kiedy czuły gest staje się szczerym nawykiem, zasługuje na to, by powtarzać go bez zażenowania. Valérie zapięła dzieci. Podał Mathieu swojego pluszowego lwa. Julien upuścił długopis w kałużę i natychmiast oznajmił, że świat jest niesprawiedliwy. Alma przespała to wszystko jak królowa w podróży.
Kiedy Valérie w końcu usiadła na miejscu pasażera, Gabriel uruchomił silnik i spojrzał na nią.
„Co?” zapytał.
Uśmiechnęła się.
Zmęczona.
Autentyczna.
Wciąż trochę zdumiona własnym życiem.
„Nic. Po prostu myślałam o tamtej nocy w autobusie”.
Włączył się do ruchu, gdy wycieraczki przedniej szyby z spokojną regularnością ścierały deszcz.
„Ja też”.
„Wyważyłeś drzwi”.
„Zacięły się”.
„Mówisz tak, jakby to było całkowicie rozsądne”.
Spojrzał na nią przelotnie.
„Wolałabyś mniej rozsądną wersję?”
Zaśmiała się.
A z tyłu Mathieu wydał dźwięk, który również bardzo przypominał śmiech, choć zupełnie nie miał pojęcia dlaczego.
Miasto przesuwało się wokół nich, mokre, tętniące życiem, pełne obcych ludzi podejmujących złe decyzje, rodzin odbudowujących swoje życie, mężczyzn tracących wszystko zbyt późno i kobiet odkrywających, że przetrwanie to czasem dopiero początek.
Valérie odwróciła głowę w stronę mężczyzny za kierownicą.
Cała Francja wciąż bała się Gabriela Delacourta. Może zawsze tak było. Może władza zostawia taki cień, nawet gdy nauczy się delikatnie dotykać kuchni, dziecięcego pokoju, małej rączki lepkiej od dżemu.
Ale to była ich wersja jego osoby.