Zachowała spokój.
Oto on, pomyślała.
Znowu.
Nie miłość.
Zdobycie.
„A co dostaję?” zapytała.
Uspokajał się lekko, myśląc, że widzi szansę.
„Bezpieczeństwo. Twoje dawne życie”. Fundusz powierniczy dla każdego dziecka, personel, najlepsze szkoły, pełna ochrona. Nie będziesz już miał
Nigdy się o nic nie martw.
Poza sobą, pomyślała.
„A w zamian?”
Ledwo się pochylił.
„Podpisujesz tymczasowe pełnomocnictwo do głosowania na wszystkich akcjach związanych z dziedzictwem dzieci, dopóki nie osiągną pełnoletności. Standardowa umowa”.
Valérie wybuchnęła śmiechem.
Naprawdę się śmiała.
Bo całkowity brak wstydu stawał się niemal formą sztuki.
Alexandre wzdrygnął się, jakby zapomniał, że rozumiała umowy na długo przed tym, zanim nauczyła się rozumieć jego kłamstwa.
„Więc o to chodzi”, powiedziała. „Nie chcesz dzieci. Chcesz ich głosów”.
Jego twarz stwardniała.
„Dorośnij, Valérie. Tak właśnie rodziny takie jak moja przetrwają”.
„Nie”, odpowiedziała cicho. „Tak właśnie gniją”.
Wstał tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało na kamieniu.
„Nie bądź naiwna. Delacourt też cię wykorzystuje”.
Te słowa zrobiły na niej wrażenie tylko dlatego, że zadawała sobie to samo pytanie każdej nocy.
Alexander dostrzegł lekkie drgnięcie na jej twarzy i natychmiast nacisnął przycisk.
„Naprawdę myślisz, że taki mężczyzna jak on ratuje kobiety za darmo? Zawsze jest jakaś cena. Przynajmniej ze mną znasz warunki”.
Pozwoliła mu dokończyć.
Potem powiedziała:
„Dziękuję”.
Mrugnął.
„Za co?”
„Za to, że powiedział to na nagraniu”.