Nie dlatego, że między parkingiem a jego szpitalną salą nagle rozkwitło coś czułego.
Był tam, bo coś się zmieniło.
„Dlaczego teraz?” zapytała. „Co się stało?”
Nie odpowiedział.
A jego milczenie powiedziało jej więcej niż jakiekolwiek kłamstwo.
To Gabriel odpowiedział:
„Umowa sukcesyjna jego dziadka została zawarta trzy godziny temu”.
Alexandre zesztywniał.
„Nie mieszaj się do tego”.
Gabriel ją zignorował.
„Pełna kontrola nad Beaumont Capital powróci do niego tylko wtedy, gdy będzie miał naturalnych spadkobierców przed…
Łańcuch ratyfikacji rady rodzinnej. Bez niego blok wyborczy przechyliłby się na stronę jej wuja.
Zrozumienie przeszyło ją jak ostrze.
Nie chodziło o miłość.
Nawet nie o reputację.
Chodziło o sukcesję, rządy, działania, władzę w najzimniejszej postaci.
Jej dzieci nie były dla Alexandre’a niemowlętami.
Były kluczami.
Głosami.
Biologicznymi gwarancjami.
„Ty draniu” – mruknęła.
Wyglądał na niemal obrażonego.
„Nie dramatyzuj, Valérie. To moje dzieci”.
„Nie” – powiedziała cicho, ale stanowczoj niż cokolwiek, co podpisała tego ranka. „To moje dzieci. Porzuciłeś je, zanim jeszcze miały twarze”.
Przez chwilę myślała, że może jednak ruszy dalej.
Ale Gabriel wciąż tam był.
Prawdziwy. Nieruchomy. Niezaprzeczalny.
A Aleksander zawsze wiedział, których bitew nie wygra.