Tego samego wieczoru Gabriel publicznie wykupił najniebezpieczniejszą część swojego długu.
Prasa biznesowa nazwała to chirurgicznym upokorzeniem.
Kraj jednak nazwał to inaczej.
Król żywcem obdzierany ze skóry.
Valérie powinna była się cieszyć.
Zamiast tego, tego wieczoru, siedząc na dywaniku w pokoju dziecięcym z Mathieu wtulonym w ramię, zaczęła płakać tak gwałtownie, że pielęgniarka wybiegła z korytarza.
Nie dlatego, że tęskniła za Alexandrem.
Nie dlatego, że żałowała kłótni.
Ale dlatego, że zemsta, choćby uzasadniona, nigdy nie daje ukojenia. Nie przywołuje miesięcy, w których czuła się przez niego mała. Nie może wymazać wspomnienia autobusu, deszczu ani tej chwili, gdy myślała, że straci jedno z dzieci, zanim jeszcze usłyszała jego oddech.
Gabriel znalazł ją w takiej sytuacji dwadzieścia minut później.
Pielęgniarka zabrała Juliena z powrotem, Alma w końcu zasnęła, a Valérie była zbyt wyczerpana, by ukryć łzy na twarzy.
Nie powiedział jej, żeby była silna.
Nie podał jej chusteczki z tą niezręczną, męską niezdarnością, która sprawia, że masz ochotę ją uderzyć, zamiast jej podziękować.
Po prostu usiadł obok niej na dywanie, w garniturze, który prawdopodobnie kosztował więcej niż jego pierwszy samochód, i czekał.
„Myślałam, że wygrana będzie mniej boleć” – mruknęła w końcu.
Splótł dłonie między kolanami.
„Nigdy nie jest czysto”.
Odwróciła głowę w jego stronę.
„Mówisz tak, jakbyś wiedział”.
S