Wersja gazet.
Wersja sal konferencyjnych.
Mężczyźni, których zrujnował, bo na to zasłużyli.
Jej było inaczej.
Jej był ten sam mężczyzna, który powiedział: „Uratuj całą czwórkę”, zanim jeszcze wiedziała, czy kiedykolwiek mu podziękuje.
Mężczyzna, który nigdy nie nazywał swoich dzieci majątkiem, spadkobiercami ani strategią.
Mężczyzna, który wiedział, że opłacenie rachunku szpitalnego może być aktem władzy, owszem, ale że pozostanie tam, bez dążenia do posiadania tego, co się uratowało, jest czymś o wiele rzadszym.
Na czerwonym świetle dzieci zaczęły się wiercić.
Julien chciał butelkę.
Mathieu chciał się uwolnić z uprzęży.
Alma otworzyła jedno oko z oburzeniem, jak władca obrażony logistyką.
Nie schodząc z drogi, Gabriel sięgnął za siebie, chwycił smoczek i za pierwszym razem włożył go do odpowiedniej małej rączki.
Valérie spojrzała na niego.
Wpatrywał się prosto przed siebie.
„Mówiłem ci” – mruknął. „Wybieram swoje bitwy”.
Zapaliło się zielone światło.
I po raz pierwszy od bardzo dawna, ona też.
KONIEC