I nienawidziła ulgi, którą poczuła tej pierwszej nocy.
Mathieu spał w kołysce obok łóżka, z pięścią przyciśniętą do policzka jak malutki bokser.
Julien krzyczał na wszystko: głód, pieluchy, zimno, grawitację, prawdopodobnie księżyc.
Alma obserwowała wszystko wielkimi, czarnymi oczami, co skłoniło Gabriela do powiedzenia pewnego dnia, zatrzymując się w pół zdania:
„Ta pewnie zrujnuje kraj, zanim skończy czternaście lat”.
To była najbliższa żartowi rzecz, o której kiedykolwiek był w stanie pomyśleć.
Valérie prawie się uśmiechnęła.
Dwanaście dni później Alexandre spróbował innego podejścia.
Poprosił o prywatne spotkanie.
Bez prawników.
Bez prasy.
Bez Gabriela.
Wbrew radom Sophie, Valérie się zgodziła. Ale tylko w ogrodzie bezpiecznego domu, z ochroną w pobliżu i nagraniem z telefonu w kieszeni kamizelki. Część jej chciała zamknąć sprawę. Bardziej przytomna część chciała dowodu.
Przyszedł z białymi różami.
Co byłoby prawie komiczne, gdyby nie było tak obraźliwe.
„Wyglądasz na zmęczoną” – powiedział, jakby porzucenie ciężarnej kobiety było drobnym incydentem domowym.
„Zostawiłaś mnie na ulicy w trakcie porodu” – odpowiedziała. „Zatrzymaj kwiaty”.
Postawił je mimo wszystko, po czym usiadł.
Przez chwilę przypominał mężczyznę, którego poślubiła. Uprzejmy. Uważny. Opanowany. Tego, który umiał mówić cicho w drogich restauracjach, patrzeć wystarczająco długo, sprawiać, że każda kobieta czuła się jedyną osobą w pomieszczeniu.
Potem maska opadła.
„Jeszcze możemy to naprawić” – powiedział. „Wracasz. Oficjalnie. Mówimy o stresie, zamieszaniu, medialnym szaleństwie. Dzieci zostają z nami, rodzina się stabilizuje, a ty unikasz osiemnastu lat wojny”.
„Z nami?”
„Ze mną” – poprawił, za późno. „Z rodziną”.