„Zostań z Madame Célestine, kochanie. Mamusia wkrótce wróci”.
Potem weszłam do środka.
Najpierw uderzył mnie zapach.
To nie był zapach śmierci, jaki wyobrażacie sobie w filmach.
Był gorszy, bo prawdziwy.
Przesadnie słodkie perfumy zmieszane z alkoholem, zapomniane jedzenie, wilgoć domu zamkniętego na zbyt długo i coś metalicznego w powietrzu.
W jadalni panował bałagan.
Nie tylko bałagan.
Dziwny, brutalny chaos, jakby scena została przerwana w środku kłamstwa.
Rozbita szklanka obok kredensu.
Podarta poduszka.
Damska torebka przewrócona obok sofy.
Złoty kolczyk pod stolikiem kawowym.
Serce waliło mi tak mocno, że czułam, jakby pękało mi w gardle.
„Pani Delmas” – powiedział dowódca – „proszę mi powiedzieć, czy rozpoznaje pani któryś z tych przedmiotów”.
Żandarm wskazał na otwartą walizkę na fotelu.
To nie była moja.
Ubrania nie były moje.
Szpilki też nie.
Były tam kosmetyki, ładowarka do telefonu, recepta na leki przeciwlękowe, kosmetyczka i duża brązowa koperta.
Ale to nie walizka mnie zmroziła.
Na kredensie, tuż obok wazonu z zwiędłymi kwiatami, stało zdjęcie.
Marc.