Z przyjaciółką jeździłyśmy na działki przez piętnaście lat, jej i moja tuż obok. Gdy zachorowałam, ją poprosiłam, żeby doglądała mojej. Wróciłam wiosną – płot przesunięty o dwa metry w głąb mojej ziemi, a ona mówi, że “przecież zawsze tak stał”
Bolało mnie nie te dwa metry ziemi. Nie porzeczki. Bolała mnie ta chwila ciszy w słuchawce, kiedy powiedziałam o zdjęciach. Ta sekunda, w której Wiesława zrozumiała, że zostanie przyłapana – i zamiast powiedzieć prawdę, się rozłączyła.
Dwadzieścia lat przyjaźni, a ona wolała mnie okłamywać niż powiedzieć: Jolka, przesunęłam płot, bo chciałam mieć więcej miejsca na grządki. Głupie, parszywe, zwykłe – ale przynajmniej uczciwe.
Następnego dnia poszłam do zarządu ROD-u. Pan prezes, starszy pan z wąsami, słuchał mnie uważnie i kiwał głową.
– Proszę pani, takie sprawy się zdarzają – powiedział. – Jak ktoś choruje, wyjeżdża, umiera, to sąsiedzi czasem trochę… powiększają. Niech pani złoży pismo, zrobimy komisję, zmierzymy.
Komisja zmierzyła. Potwierdziła przesunięcie. Zarząd nakazał Wiesławie przywrócenie płotu do pierwotnego położenia w ciągu trzydziestu dni. Wiesława odwołała się od decyzji, twierdząc, że granica “od lat biegła w tym miejscu, a Zbyszek źle postawił płot”. Odwołanie odrzucono.
Przez te trzydzieści dni nie odzywałyśmy się do siebie. Mijałam ją raz na osiedlu – szła z wnuczką, niosła siatki z zakupami. Nasze oczy się spotkały. Wieśka odwróciła wzrok pierwsza.
Płot wrócił na miejsce na początku maja. Przesuniął go mąż Wiesławy, Leszek, w sobotę rano. Widziałam przez okno altanki, jak pracuje – sam, bez słowa. Wiesława nie przyszła.
Na moim kawałku ziemi – tym odzyskanym – nie było już porzeczek. Został goły, ubity grunt. Stałam nad nim i myślałam, że te dwa metry gleby są jak rentgen dwudziestoletniej przyjaźni. Dopóki było dobrze, dopóki byłam zdrowa i silna, Wiesława była najlepszą przyjaciółką pod słońcem. Wystarczyło, że osłabłam, że zniknęłam na pół roku – i okazało się, że moja słabość jest dla niej okazją.
A może to niesprawiedliwe. Może Wiesława po prostu zawsze chciała tych dwóch metrów i przez dwadzieścia lat się powstrzymywała. Może nie liczyła, że będzie aż tak łatwo – a kiedy zobaczyła, że jest, to nie potrafiła się cofnąć. Nie wiem. Nie będę wiedziała, bo Wiesława nigdy mi tego nie wyjaśniła. Nie przeprosiła, nie zadzwoniła, nie napisała kartki.
Czasem, kiedy podlewam nowo posadzone porzeczki – bo posadziłam nowe, inne odmiany – myślę o tym, jak Zbyszek stawiał ten płot piętnaście lat temu. Jak mierzył sznurkiem, jak wbijał słupki, jak mówił z dumą: “Tu jest nasze, tam jest ich, a między nami płot i przyjaźń”. Miał rację co do płotu. Co do przyjaźni – trudno powiedzieć.
Moja koleżanka z oddziału, Basia, mówi, że powinnam odpuścić. Że to tylko działka. Że ludzie są słabi. Może ma rację. Ale ja nie potrafię przestać myśleć o tej sekundzie ciszy w słuchawce. O tym momencie, kiedy Wiesława mogła powiedzieć prawdę – i wybrała kłamstwo. Nie chodziło o ziemię. Chodziło o to, że chorując, zaufałam jej wszystko, co miałam. A ona wzięła to, czego nie dawałam.
Zdjęcia nadal robię. Każdego lata, każdy kąt działki. Teraz wiem, po co.