
Z przyjaciółką jeździłyśmy na działki przez piętnaście lat, jej i moja tuż obok. Gdy zachorowałam, ją poprosiłam, żeby doglądała mojej. Wróciłam wiosną – płot przesunięty o dwa metry w głąb mojej ziemi, a ona mówi, że “przecież zawsze tak stał”. Mam zdjęcie z każdego lata. Na każdym płot stoi w tym samym miejscu.
Gdybym tamtej jesieni nie zachorowała, pewnie do dziś sądziłabym, że Wiesława jest moją najlepszą przyjaciółką. Bo tak właśnie myślałam przez dwadzieścia lat – że mam obok siebie człowieka, na którego mogę liczyć w każdej sytuacji. Że nasza przyjaźń jest z tych, które wytrzymują wszystko. Okazało się, że nie wytrzymała dwóch metrów żywopłotu z ligustru.
Zaczęło się niewinnie, jak wszystko, co potem boli najbardziej. W połowie września lekarz w szpitalu na Jaczewskiego powiedział, że dłużej nie poczeka – kolano wymagało operacji i długiej rehabilitacji. Endoproteza, kilka tygodni o kulach, potem miesiące ćwiczeń. Dla kogoś, kto całe życie pracuje na nogach, to brzmiało jak wyrok. Usiadłam na ławce przed wejściem i zadzwoniłam do Wieśki.
– Wieśka, słuchaj. Idę pod nóż z kolanem. Potem rehabilitacja, nie wiadomo ile – powiedziałam i dopiero wtedy poczułam, jak bardzo się boję.
Przyjechała w dwadzieścia minut. Objęła mnie tak mocno, że poczułam zapach jej perfum jeszcze wieczorem, gdy kładłam się spać. Obiecała, że się mną zajmie. Że ogarnie wszystko. Że mam się skupić na leczeniu.
Jolanta – tak mam na imię, pięćdziesiąt osiem lat, pielęgniarka na oddziale wewnętrznym od trzydziestu lat. Całe życie opiekowałam się innymi. Teraz ktoś miał opiekować się mną, i byłam za to wdzięczna bardziej, niż potrafiłam powiedzieć.
Nasze działki w ROD-zie pod Lublinem leżały tuż obok siebie. Trzysta metrów kwadratowych moja, trzysta jej. Pomiędzy – płot z siatki, wzdłuż którego rosły krzewy ligustru. Ten płot postawiły nasze mężowie piętnaście lat temu, kiedy obie dostałyśmy przydział jedna po drugiej. Mój Zbyszek odmierzył wtedy wszystko sznurkiem i metrówką. Wbił słupki tak starannie, jakby budował dom, nie ogrodzenie na działce.
Zbyszek odszedł sześć lat temu. Zawał w warsztacie, między jednym samochodem a drugim. Po jego śmierci to właśnie Wiesława pomagała mi utrzymać działkę – przycinała gałęzie, które ja nie sięgałam, pożyczała mi męża do cięższych robót. Razem sadziłyśmy pomidory, razem robiłyśmy przetwory na zimę.
Każde lato wyglądało tak samo. I każdego lata robiłam zdjęcia – grządkom, różom, altance. Taki nawyk po Zbyszku. On fotografował każdy etap budowy, każdą nową rabatę. Ja kontynuowałam, jakby to był sposób na rozmowę z nim.
Na tych zdjęciach zawsze widać było płot. W tym samym miejscu, rok po roku, lato po lecie. Ligustr rósł, gęstniał, ale linia siatki nie drgnęła ani o centymetr.
Operację miałam w październiku. Potem tygodnie o kulach, rehabilitacja w sanatorium, ćwiczenia trzy razy w tygodniu u fizjoterapeuty. Całą zimę spędziłam między łóżkiem, kanapą i gabinetem rehabilitacyjnym.