Nie wyrzucała chleba, składała reklamówki, zszywała pościel, a herbatę parzyła dwa razy, mówiąc:

— Dziecko, pieniądz trzeba szanować, bo nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek zostanie sam.

Jako mała dziewczynka śmiałam się z tych jej pudełek po margarynie, z kopert podpisanych „gaz”, „leki”, „czarna godzina”. Dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam, że babcia nie była skąpa. Ona po prostu całe życie bała się prosić kogokolwiek o pomoc.

Kiedy zachorowała, nadal próbowała wszystkim udowadniać, że daje radę.

— Nie róbcie ze mnie niedołężnej — mówiła, gdy przynosiłam jej zakupy. — Jeszcze umiem sobie zupę ugotować.

Ale ręce coraz bardziej jej drżały, a w oczach pojawiał się lęk. Mój wujek Ryszard, jej młodszy syn, przychodził rzadko. Za to zawsze wtedy, gdy była emerytura. Siadał przy stole, wzdychał ciężko i zaczynał:

— Mamo, pożyczyłabyś mi trochę? Oddam za tydzień.

Babcia otwierała szufladę, wyjmowała kopertę i podawała mu pieniądze.

— Tylko uważaj, synku — prosiła. — Ja mam jeszcze leki do wykupienia.

A on całował ją w czoło i mówił:

— Mamuś, przecież wiesz, że bym cię nie skrzywdził.

Po jej odejściu dom nagle zrobił się przeraźliwie cichy. W szafie nadal wisiał jej brązowy płaszcz, na parapecie stały pelargonie, a na stole leżały okulary obok niedokończonej krzyżówki. Mama płakała w kuchni, a wujek Ryszard kręcił się po pokojach z miną człowieka, który czegoś szuka.

— Co ty robisz? — zapytałam.

— Sprawdzam, czy mama zostawiła jakieś dokumenty — odpowiedział. — Trzeba to wszystko uporządkować.

Już wtedy poczułam niepokój. Babcia jeszcze dobrze nie ostygła w naszej pamięci, a on już otwierał szafki.

Dzień po pogrzebie wujek przyszedł z reklamówkami.

— Zabiorę parę rzeczy po mamie — oznajmił. — Po co mają się marnować?