Pachniała drogimi perfumami, stęchłymi papierosami i strachem.
„Nie kupuję twojego ciała, Julien. Kupuję twoje zamknięte usta”.
Powinienem był wyjść.
Powinienem był oddać jej kopertę.
Powinienem był zrozumieć, że żadne pieniądze, które wpadają do baru Pigalle o północy, nie obchodzą się bez nieszczęścia.
Ale widziałem banknoty.
Widziałem pęknięty ekran telefonu ze zdjęciem mojej matki jako tapetą.
Znów spojrzałem na wycenę kliniki.
I znienawidziłem siebie za pytanie:
„Gdzie?”
„W Hôtel Impérial”.
Taksówka zjechała w dół, w kierunku Placu Zgody, a potem znów podjechała w kierunku Pól Elizejskich. Szyby były zaparowane, a Paryż lśnił na zewnątrz jak miasto, które doskonale wie, jak ukryć to, co robi biednym ludziom.
Nie odezwała się.
Ani razu.
Ściskała czerwoną skórzaną torbę, jakby niosła bombę.
Kiedy dotarliśmy przed hotel, nie weszła głównym wejściem.
Nie przez złocony hol.
Nie przed mężczyznami w garniturach.
Poprowadziła mnie bocznym wejściem, przywitała recepcjonistkę, nie podnosząc wzroku, i wjechaliśmy na siedemnaste piętro dyskretną windą.
Apartament był ogromny.
Kremowe zasłony.
Białe łóżko.
Marmurowa łazienka.
Majestatyczny widok na dachy Paryża.
I cisza tak ciężka, że zdawała się być tam umieszczona razem z meblami.