Stare siniaki.
Drobne skaleczenia.
Drobne oparzenia.
Blade blizny, które wyglądały, jakby ktoś się nie spieszył.
Zamarłam.
„Kto ci to zrobił?”
Uśmiechnęła się bez radości.
„Mężczyzna, który jutro rano będzie w telewizji, żeby mówić o rodzinie, Republice i francuskich wartościach”.
Ścisnęło mnie w gardle.
„Twój mąż?”
„Mój gospodarz, według niego”.
Otworzyła czerwoną torbę.
Wyjęła pendrive’a, telefon owinięty folią aluminiową i dziecięcą bransoletkę.
Małą różową bransoletkę z plastikowymi koralikami.
Było na niej imię.
„Louise”.
„Kim jest Louise?” zapytałam.
Po raz pierwszy jej twarz się skrzywiła.
„Moja córka”.
Pieniądze na stoliku kawowym nie wyglądały już jak pieniądze.
Wyglądały jak starannie złożona krew.
„Gdzie ona jest?”
Wyjrzała przez okno.
„Właśnie tego chcę, żebyś dziś wieczorem usłyszała”.