CZĘŚĆ 1
„Nie wracaj do domu, Viviano… twoja macocha i siostra też chcą twojej śmierci”.
Słowa wyszły z szeptu, ale uderzyły Vivianę Castañedę mocniej niż ziemia spadająca na trumnę jej ojca. Nie minęła nawet godzina, odkąd Don Álvaro Castañeda, jeden z najsłynniejszych deweloperów w Meksyku, spoczął na eleganckim cmentarzu na południu miasta. Świeżo przekopana ziemia wciąż wyglądała na czystą, białe kwiaty wciąż unosiły się w powietrzu, a żałobnicy wciąż szeptali kondolencje, wsiadając do swoich opancerzonych SUV-ów.
Viviana stała ubrana na czarno, z oczami suchymi od płaczu. Przed nią jej macocha, Graciela, szlochała niekontrolowanie, ściskając córkę Renatę, pasierbicę, którą Don Álvaro wychowywał jak własną córkę od dzieciństwa. Obie kobiety wyglądały na zdruzgotane. Graciela zakryła twarz ciemną zasłoną; Renata chwyciła się za pierś, jakby ból ją dusił.
Ale Viviana znała je aż za dobrze.
Wiedziała, że te łzy nie były ze smutku, lecz z ulgi. Jej ojciec zmarł po sześciu miesiącach na dziwną, nagłą chorobę, bez jasnej diagnozy. Każdej nocy Graciela przygotowywała mu infuzję, „żeby lepiej spał”. Każdego ranka don Álvaro budził się słabszy, bledszy, bardziej zdezorientowany. I za każdym razem, gdy Viviana zasięgała drugiej opinii lekarskiej, Graciela oskarżała ją o przesadę.
„Twój ojciec jest stary, dziecko” – mawiała z jadowitym uśmiechem. „Nie możesz pogodzić się z tym, że nie jest już tak odpowiedzialny jak kiedyś”.
Viviana miała właśnie iść w stronę rodzinnej ciężarówki, gdy zimna dłoń chwyciła ją za ramię. To była Teresa, osobista pielęgniarka jej ojca. Twarz kobiety była blada, usta jej drżały, a ona sama wyglądała, jakby właśnie ujrzała samego diabła.
„Chodź ze mną natychmiast” – wyszeptała. „Nie zadawaj żadnych pytań. Nie mów Gracieli ani Renacie nic. Ani słowa”.
Viviana poczuła dreszcz na plecach.
„Co się dzieje?”
„Jeśli chcesz przeżyć, idź”.
Teresa nie czekała na odpowiedź. Wzięła ją za ramię i poprowadziła między groby, od głównego wejścia, do małej bocznej furtki cmentarza. Na zewnątrz czekał stary Jetta z włączonym silnikiem. Nie był to luksusowy samochód rodziny, lecz stary pojazd z jednej z firm budowlanych Dona Álvara.
Przez prawie godzinę Teresa jechała w milczeniu. Przecięły aleje, opuściły miejski chaos i ruszyły drogą w stronę zalesionego obszaru w pobliżu Desierto de los Leones. Viviana rozpoznała drogę: prowadziła do starego domu wakacyjnego, który należał do jej dziadka, kolonialnej rezydencji opuszczonej od lat.
„Tereso, powiedz mi, co się dzieje” – nalegała Viviana łamiącym się głosem.
Pielęgniarka pokręciła głową.
„Zrozumiesz w środku”.
Dom był zakurzony na zewnątrz, ale wchodząc do środka, Viviana zauważyła coś dziwnego: kuchnia była czysta, w dzbanku stała świeża woda, a na końcu korytarza paliła się lampa. Teresa otworzyła drzwi do głównego salonu.
Viviana zamarła.
Na środku pokoju, przed oknem zasłoniętym ciężkimi zasłonami, stał wózek inwalidzki. Ktoś siedział do niej tyłem, z kocem na nogach i parującą filiżanką herbaty w dłoniach.
Viviana zaparła dech w piersiach.
Znała te ramiona. Tę postawę. Tę pomarszczoną dłoń trzymającą filiżankę.
„Nie…” – mruknęła. „To niemożliwe”.
Wózek inwalidzki zaczął powoli się toczyć.
Kiedy twarz mężczyzny pojawiła się w polu widzenia, Viviana poczuła, jak ziemia znika jej spod stóp. Był tam Don Álvaro Castañeda. Żywy. Blady, zmęczony, ale żywy. Ten sam mężczyzna, którego trumnę pochowano godzinę wcześniej.
Viviana upadła na kolana i wydała zduszony okrzyk. Don Álvaro wyciągnął rękę i dotknął jej policzka.
„Wybacz mi, córko” – powiedział, a jego oczy napełniły się łzami. „Musiałem pozwolić im uwierzyć, że nie żyję… żebym mógł ich złapać”.
Viviana przytuliła go, płacząc i drżąc, niepewna, czy to cud, czy koszmar. Wtedy ojciec pokazał jej tablet. Na ekranie pojawił się film przedstawiający kuchnię ich rodzinnego domu. Graciela wsypała biały proszek do kubka z mlekiem Don Álvara. Potem weszła Renata, rozejrzała się i dodała kilka kropel z małej buteleczki.
„Z tym, co stało się z moją mamą, może wytrzymałbyś jeszcze miesiąc, staruszku” – szepnęła Renata w nagraniu. „Ale z tym nie dożyjesz rana”.
Viviana poczuła mdłości. Jej macocha i siostra nie chciały tylko spadku. Próbowały zamordować jej ojca.
A najgorsze było to, że w tej chwili świętowały w domu nad pustym grobem, przekonane, że wygrały.
Nie mogła sobie wyobrazić, co się wydarzy, gdy wróci do tego domu.
CZĘŚĆ 2
Viviana wróciła do rezydencji w Jardines del Pedregal, gdy zapadał wieczór. Weszła przez wejście dla służby, tak jak kazała jej Teresa. Otarła łzy, wzięła głęboki oddech i zmusiła się do zatrzymania.