Roman zamarł pośrodku salonu swojego dwupiętrowego domu. W jego oczach błysnęło zdumienie, które szybko zmieniło się w złość. Nie spodziewał się, że żona wie o Krystynie.
– Co ty pleciesz? Jaka znowu kochanka? – spróbował udawać oburzenie, ale wyszło to nieprzekonująco.
Anna powoli odwróciła się w jego stronę. W jej brązowych oczach nie było ani jednej łzy – tylko lodowata pogarda.
– NIE TRZEBA, Romanie. Po prostu nie trzeba. Wiem o Krystynie od pół roku. Wiem o mieszkaniu, które jej wynajmujesz. O prezentach. O waszych „podróżach służbowych” do Soczi.
Mężczyzna poczerwieniał. Zawsze wściekało go, gdy żona okazywała się mądrzejsza, niż myślał. Trzydzieści osiem lat, właściciel sieci salonów samochodowych – przywykł, że wszyscy tańczą wokół niego. Pieniądze otwierały każde drzwi, rozwiązywały każdy problem. Ale nie tym razem.
– Dobrze, ZAŁÓŻMY, że mam… romanse na boku – wycedził przez zęby. – Ale co to ma wspólnego z pieniędzmi? Mam własny biznes, sam zarabiam!
Anna zaśmiała się. Trzydzieści pięć lat, gospodyni domowa – tak przedstawiał ją znajomym. Głupia kura, która siedzi w domu i wydaje jego pieniądze. Gdyby tylko wiedział…
– Twój biznes? – podeszła do barku i nalała sobie wody mineralnej. – Przypomnij, za czyje pieniądze otworzyłeś pierwszy salon dziesięć lat temu?
– Za pieniądze twojego ojca – przyznał niechętnie Roman. – Ale dawno je oddałem!
– Oddałeś? – Anna pokręciła głową. – Oddałeś KREDYT, który tata zaciągnął pod zastaw swojej firmy. A kto był poręczycielem? Ja. I gdy dwa lata temu omal nie zbankrutowałeś przez swoje kombinacje z szarymi schematami, kto cię wyciągnął?
– DOŚĆ! – wrzasnął Roman, uderzając pięścią w stół. – To wszystko w przeszłości! Teraz mam się świetnie, biznes kwitnie!
– Kwitnie? – Anna wyjęła z torebki tablet. – Chcesz zobaczyć raporty? Minus trzy miliony za ostatni kwartał. Długi wobec dostawców – pięć milionów. Kredyty – siedem. Razem…
– SKĄD MASZ TE DANE?! – Roman wyrwał jej tablet i rzucił na kanapę.
– Jestem głupią gospodynią domową, zapomniałeś? – powiedziała kpiąco Anna. – Która od dziesięciu lat prowadzi całą księgowość twoich firm. Nieoficjalnie, oczywiście. Bo oficjalnie pracuje tam twój kumpel Igor, który odróżnia debet od kredytu dopiero po trzecim kieliszku.
Roman milczał, ciężko oddychając. Wściekało go, że żona ma rację. Że wie wszystko. Że bez niej dawno by zbankrutował.
– Krystyna potrzebuje operacji – wykrztusił w końcu. – Poważnej. W Niemczech. Dwa miliony rubli.
– I chcesz, żebym dała ci te pieniądze? – Anna zaśmiała się. – Z JAKIEJ RACJI?
– Bo… bo to kwestia życia i śmierci!
– Czyjej śmierci? Tej, która pół roku temu wrzucała na Instagram zdjęcia z moim mężem z podpisem „Mój ukochany”? Tej, która dzwoniła do mnie i mówiła, że jestem starą krową, która nie umie zatrzymać mężczyzny?
Roman zakrztusił się. Nie wiedział, że Krystyna dzwoniła do żony.
– Ona… była pijana…
– Była BEZCZELNA – ucięła Anna. – Jak ty. Oboje uznaliście, że jestem pustym miejscem. Meblem, którego można nie zauważać. No to WYNOŚCIE SIĘ oboje do diabła!
Dzień po
Następnego ranka Roman obudził się w gościnnej sypialni z okropnym bólem głowy. Po wczorajszej rozmowie upił się i nawet nie pamiętał, jak dotarł do łóżka.
Schodząc do kuchni, zastał tam Annę. Piła spokojnie kawę i czytała jakieś dokumenty.
– Dzień dobry – rzucił sucho, nalewając sobie wody.
– Dzień dobry – odparła, nie podnosząc wzroku znad papierów.
– Słuchaj, Anno… Porozmawiajmy spokojnie. Bez krzyków i wyzwisk.
Żona podniosła na niego wzrok. W jej oczach było widać ciekawość.
– Mów.
– Przyznaję, że nie miałem racji. Związek z Krystyną to błąd. Ale teraz chodzi o ludzkie życie! Ma guza mózgu. Jeśli nie zrobią operacji w ciągu najbliższych dwóch tygodni…
– Umrze – dokończyła za niego Anna. – I co z tego?
Roman nie wierzył własnym uszom.
– JAK to „i co z tego”?! Nie jesteś potworem!
– Nie jestem potworem. Jestem kobietą, którą zdradził mąż. Którą upokarzano i z której się śmiano. Twoja Krystyna wiedziała, że jesteś żonaty. Wiedziała, ale miała to w PEWIE. Chciała pieniędzy, dobrego życia, statusu. Cóż, życie jest sprawiedliwe.
– Po prostu zazdrościsz! – wybuchnął Roman. – Zazdrościsz, że jest młoda i ładna, a ty…
– A ja co? – Anna wstała od stołu. – Stara? Brzydka? Może. Ale mam coś, czego twoja Krystyna nie ma. PIENIĄDZE. I władzę nad tobą.
– Co masz na myśli?
Anna podeszła do sejfu, wybrała kod i wyjęła grubą teczkę.
– To kopie wszystkich dokumentów twojego biznesu. A raczej MOJEGO biznesu. Bo wszystkie firmy są zarejestrowane na mnie. Sam prosiłeś – żeby w razie czego wierzyciele nie mogli cię oskubać. Pamiętasz?
Roman pamiętał. Trzy lata temu, gdy miał problemy z długami, przepisał wszystko na żonę. Potem, gdy interesy się poprawiły, zamierzał przepisać z powrotem, ale jakoś ręce nie doszły. A Anna nie przypominała.
– No i co z tego? Jutro idziemy do notariusza i wszystko naprawimy!
– NIE – ucięła Anna. – Nie pójdziemy. I nie naprawimy. Widzisz, kochanie, póki ty bawiłeś się z Krystyną, ja nie marnowałam czasu. Wszystkie twoje firmy zostały przepisane. Nowe dokumenty założycielskie. Nowe pieczęcie. I ty nawet nie figurowałeś jako pracownik.
– NIE MOGŁAŚ! – ryknął Roman. – Do tego potrzebny jest mój podpis!
– Podpis? – Anna wyjęła kolejną teczkę. – Oto twoje podpisy. Na wszystkich dokumentach. Przecież nigdy nie czytasz, co podpisujesz. „Ania, tam są papiery na stole, podpisz za mnie”. Pamiętasz? No więc ja podpisywałam. Ale nie za ciebie, tylko ty sam. Po prostu nie te dokumenty, które myślałeś.
Roman chwycił papiery i zaczął je przerzucać. Twarz robiła mu się coraz bledsza.
– To… to OSZUSTWO!
– Udowodnij – wzruszyła ramionami Anna. – Ekspertyza wykaże, że podpisy są autentyczne. Świadkowie potwierdzą, że byłeś przy zdrowych zmysłach i w pełni świadomy. Zresztą twój kumpel Igor też potwierdzi. Dałam mu sporą premię.
– Suka… – syknął Roman. – Wszystko zaplanowałaś!
– Nie wszystko – przyznała Anna. – Krystyny z jej guzem nie planowałam. To po prostu… bonus. Karma, jeśli wolisz.
– Pozwę cię! Udowodnię, że mnie oszukałaś!
– Spróbuj. Tylko pamiętaj – zanim sprawa trafi do sądu, wszystkie konta firm zostaną zamrożone. Nie będzie z czego płacić ludziom pensji. Dostawcy zażądają natychmiastowej spłaty długów. Za miesiąc z twojego imperium zostaną tylko długi. Które, nawiasem mówiąc, też wiszą na tobie. Osobiste poręczenie, pamiętasz?
***
Roman miotał się po gabinecie. Minął tydzień od tamtej rozmowy. Krystyna dzwoniła dziesięć razy dziennie, płakała, błagała o pieniądze. Lekarze dawali jej najwyżej miesiąc bez operacji.
Próbował znaleźć pieniądze gdzie indziej. Banki odmawiały – zastawów już nie było, cały majątek był na Annie. Znajomi rozkładali ręce – nikt nie miał takich pieniędzy. Sprzedać coś z biznesu? Ale biznes już nie był jego.
Upokorzenie dusiło go. Przez całe życie uważał się za pana sytuacji. Odnoszący sukcesy biznesmen, przystojny mężczyzna, któremu wszyscy zazdroszczą. A okazał się marionetką w rękach własnej żony. Tej samej żony, którą pogardzał za jej „mieszczaństwo” i „ograniczenie”.
Telefon znowu zadzwonił. Krystyna.
– Romoczku, no co? Są nowiny? Lekarze mówią, że trzeba jechać natychmiast, właśnie zwolniło się miejsce…
– Krystyno, ja… na razie nie mogę zdobyć pieniędzy.
– JAK TO NIE MOŻESZ?! Mówiłeś, że masz biznes wart miliony! Kim ty w ogóle jesteś za mężczyzną, jeśli nie możesz pomóc kobiecie, którą kochasz?!
– Nie krzycz na mnie! – odgryzł się Roman. – Robię wszystko, co mogę!
– Za mało! Robisz ZA MAŁO! Twoja żona na pewno chodzi w futrach, a ja tu umieram! Wiesz co? Jeśli nie zdobędziesz pieniędzy, opowiem jej wszystko! O naszym związku, o mieszkaniu, o wszystkim!
– Już wie – odpowiedział zmęczony Roman.
– Co? I… i nie wyrzuciła cię?
– Nie. Bardziej opłaca jej się trzymać mnie na krótkiej smyczy.
– To… to opowiem wszystkim twoim partnerom! Wrzucę nasze zdjęcia do internetu! Zrobię taki skandal, że twoja reputacja…
– ZAMILCZ! – warknął Roman. – Po prostu zamknij się! Myślisz, że tylko ty jesteś mądra? Myślisz, że szantażem coś wskórasz?
– Umieram, Roma! UMIERAM! A ty masz to gdzieś!
– Nie mam tego gdzieś, ale nie jestem czarodziejem! Nie ma PIENIĘDZY!
– To niech twoja żonusia da! Skoro jest bogata, skoro trzyma cię na smyczy! Poproś, błagaj, padnij na kolana!
Roman rzucił słuchawkę. Paść na kolana przed Anną? NIGDY. Wolałby umrzeć.
Wieczorem wrócił do domu kompletnie załamany. Anna siedziała w salonie i oglądała jakieś talk-show.
– Źle wyglądasz – zauważyła, nie odwracając się.
– Co cię to obchodzi?
– Nic. Po prostu stwierdzam fakt. Swoją drogą, dzwoniła Krystyna. Na domowy.
Roman wzdrygnął się.
– I czego chciała?
– Pieniędzy, oczywiście. Powiedziała, że obiecałeś, ale nie dotrzymujesz słowa. Nazwała cię szmatą i zerem. A mnie – starą ropuchą, która siedzi na pieniądzach.
– Anno, posłuchaj…
– NIE, to ty posłuchaj – wyłączyła telewizor i odwróciła się do niego. – Twoja dziewczyna zaproponowała mi układ. Ja daję pieniądze na operację, ona znika z twojego życia na zawsze. Wyjeżdża do innego miasta i więcej się nie pojawia.
Romanowi serce podskoczyło.
– I… i co odpowiedziałaś?
– A jak myślisz? – Anna uśmiechnęła się. – Oczywiście, że się zgodziłam.
– Naprawdę?! – Roman nie wierzył własnym uszom. – Dasz pieniądze?
– Dam. Ale pod warunkiem.
No tak. Roman wiedział, że nic nie jest za darmo.
– Jakie warunki?
– Po pierwsze – podpisujesz umowę o podziale majątku. Wszystko, co jest na mnie – zostaje moje. Dla ciebie – rzeczy osobiste i samochód. Jeden, nie najdroższy.
– To grabież!
– To sprawiedliwość. Po drugie – rozwód. Bez skandali i pretensji. Rozchodzimy się po cichu i żyjemy każdy swoim życiem.
– A co z biznesem? Ludzie przecież pracują!
– Biznes zostanie. Zatrudnię porządnego dyrektora. Może nawet ciebie zostawię. Na etacie. Jeśli będziesz się dobrze sprawował.
Roman zacisnął zęby. Z pana stać się pracownikiem u własnej żony? To gorsze niż śmierć.
– Mam jakiś wybór?
– Zawsze jest wybór – zauważyła filozoficznie Anna. – Możesz odmówić. Wtedy Krystyna umrze, ty zostaniesz z niczym, a ja i tak złożę pozew o rozwód. Tylko już przez sąd, z podziałem długów. A masz ich, przypominam, dwanaście milionów.
Ostateczne rozstrzygnięcie
Podpisanie dokumentów zaplanowano na następny dzień. Roman całą noc nie spał, myśląc, jak wybrnąć z sytuacji. Ale wyjścia nie było. Anna zapędziła go w kozi róg, jak szachista zapędza króla przeciwnika.
Rano przyjechał notariusz – drogi, sprawdzony, który pracował z ich rodziną od wielu lat. Starszy mężczyzna.
– Dzień dobry, Anno Siergiejewna, Romanie Wiktorowiczu. Miło was widzieć. A więc umowa o podziale majątku?
– Tak, Siemionie Pietrowiczu – skinęła Anna. – Z mężem postanowiliśmy uporządkować sprawy majątkowe.
– Chwalebnie, chwalebnie. W dzisiejszych czasach to bardzo rozsądne.
Roman siedział jak na szpilkach. Podpisywać wyrok śmierci na swoje dobro? Ale wyboru nie było. Krystyna czekała.
– Romanie Wiktorowiczu, zapoznał się pan z dokumentem? – zapytał notariusz.
– Tak – wykrztusił.
– Podpisuje pan dobrowolnie, bez przymusu?
Roman spojrzał na Annę. Ta spokojnie piła herbatę, jakby chodziło o zakup pralki.
– Dobrowolnie – skłamał.
Podpisy, pieczęcie, „życzę szczęścia i pomyślności”. Notariusz wyjechał, zostawiając kopie dokumentów.
– Teraz pieniądze – zażądał Roman.
– Oczywiście – Anna wyjęła telefon. – Zaraz przeleję. Na konto kliniki czy Krystynie?
– Klinice. Dam ci dane.
Po pięciu minutach przelew został wykonany. Dwa miliony rubli trafiły na konto niemieckiej kliniki.
– Koniec – powiedziała Anna. – Twoja dziewczyna będzie żyć. Możesz jechać do niej.
– Lecą jutro.
– Świetnie. Czyli masz czas spakować rzeczy. Oczekuję, że wyprowadzisz się do końca tygodnia.
– WYPROWADZIĆ SIĘ?! Wyrzucasz mnie z własnego domu?!
– Z MOJEGO domu – poprawiła Anna. – Podpisałeś dokumenty. Dom jest teraz mój. Jak i cała reszta.
Roman zerwał się, przewracając krzesło.
– Nie możesz! To nasz wspólny dom! Budowaliśmy go razem!
– Budowaliśmy za moje pieniądze. A dokładniej – za pieniądze mojego ojca. I jest zapisany na mnie. Więc – zbieraj się. Zostawiam ci kawalerkę nad Rzeczną. Pamiętasz, wynajmowaliśmy ją? Teraz tam zamieszkasz.
– Kawalerkę?! Trzydzieści metrów?!
– Co, dla kawalera w sam raz. A może wolisz na ulicę?
Roman rozumiał – ona mówi poważnie. Może wezwać ochronę i wyrzucić go siłą. I będzie miała do tego prawo.
– Zapłacisz za to – syknął. – Przysięgam, zapłacisz!
– Grozisz? – Anna wyjęła telefon. – Mogę nagrać i przekazać policji. Groźby to artykuł.
Roman zacisnął pięści, ale milczał. Teraz każde nieostrożne słowo mogło go kosztować resztki wolności.
Następnego dnia spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechał. Krystyna poleciała do Niemiec, nawet się nie żegnając – wysłała tylko krótkie „dziękuję” w komunikatorze.
Mieszkanie nad Rzeczną okazało się nędzną dziurą z odrapanymi ścianami i cieknącym kranem. Po trzypiętrowym domu było to jak przeprowadzka z pałacu do kurnika.
Roman wyjął whiskey – jedyną drogą rzecz, którą zabrał ze sobą. Nalał pół szklanki, wypił jednym haustem.
Telefon zawibrował. Wiadomość z nieznanego numeru.
„Cześć, nieudaczniku. Jak ci się podoba nowe życie?”
– Kto do cholery?
Kolejna wiadomość. Zdjęcie. Krystyna w objęciach z jakimś mężczyzną. Podpis: „Dzięki za pieniądze. Operacja się udała. A tak przy okazji – poznaj mojego męża Olega. On też dziękuje”.
Roman nie wierzył własnym oczom. Mąż?!
Telefon zadzwonił. Nieznany numer.
– Halo!
– Cześć, Romczyk – rozległ się drwiący męski głos. – Tu Oleg. Mąż Krystyny. Chciałem podziękować za opłacenie operacji. Jesteśmy już rok po ślubie, ale nie było nas stać na leczenie. A ty, taki hojny, się trafiłeś. No, pożyczałeś sobie moją żonę przez pół roku, ale to drobiazg. Najważniejsze, że teraz jest zdrowa i możemy spokojnie żyć. Planujemy dzieci, wyobrażasz sobie?
– Wy… wy mnie wykorzystaliście! Oszukaliście!
– A myślałeś, że taka laska jak Krystyna mogła się naprawdę zakochać w brzuchatym czterdziestolatku? Nie śmiesz mnie. Byłeś portfelem, Romczyk. Chodzącym bankomatem. I dzięki, że w porę wypłaciłeś odpowiednią sumę. Na razie!
Rozłączenie. Roman cisnął telefonem w ścianę. Rozleciał się na kawałki.
***
Minął miesiąc. Roman dostał pracę jako menedżer sprzedaży w salonie samochodowym – nie swoim, obcym. Anna dotrzymała słowa co do pracy w jego dawnych firmach – nie wzięła go. Powiedziała, że zmieniła zdanie. Niech zaczyna od zera, jak wszyscy normalni ludzie.
Pensja menedżera ledwo wystarczała na jedzenie i rachunki. O dawnym luksusowym życiu mógł tylko pomarzyć.
Pewnego wieczoru rozległo się pukanie do drzwi. Roman otworzył. Na progu stała Anna. Ale nie ta Anna, którą znał. Drogą sukienka, profesjonalny makijaż, fryzura. Schudła, odmłodziła się o dziesięć lat.
– Cześć – powiedziała. – Mogę wejść?
– Po co przyszłaś? Popatrzeć na moją klęskę?
– Nie. Przyszłam ci coś opowiedzieć. I coś zaproponować.
Roman niechętnie wpuścił ją do środka. Anna rozejrzała się, skrzywiła.
– Jak ty tu żyjesz?
– Co cię to obchodzi? Sama mnie tu wpakowałaś.
– Sam się wpakowałeś – poprawiła. – Swoją chciwością, lenistwem i zarozumiałością. Ale nie o tym chcę mówić. Pamiętasz, jak mówiłeś, że zazdroszczę Krystynie? Że jest młoda i ładna?
– No i co z tego?
– A to, że Krystyna to ja.
Roman nie zrozumiał.
– Jak to?
Anna wyjęła telefon, otworzyła zdjęcie. Na ekranie była Krystyna, ale… coś było nie tak.
– Przyjrzyj się uważnie – poradziła Anna.
Roman wziął telefon, powiększył obraz. I oniemiał. To była Anna. W peruce, z innym makijażem, w kolorowych soczewkach. Ale to była ona.
– JAK?!
– Kółko teatralne w młodości. Plus dobry wizażysta i odrobina aktorstwa. Zmienić głos trudniej, ale ty nigdy nie słyszałeś nas jednocześnie, prawda?
– Ale… my… my spaliśmy ze sobą!
– W ciemności. Zawsze gasiłeś światło, pamiętasz? I zawsze byłeś pijany. A rano znikałam „do pracy”. W rzeczywistości jechałam do domu i zmieniałam się z powrotem w nudną żonę.
Roman osunął się po ścianie na podłogę.
– Po co? PO CO to zrobiłaś?
– Chciałam sprawdzić, czy stać cię na prawdziwe uczucia. Czy liczy się dla ciebie tylko opakowanie. Młodość, uroda, namiętność. Okazało się – tylko opakowanie. Ani razu nie zapytałeś o moje – czyli Krystynine – myśli, marzenia, plany. Tylko seks i drogie prezenty.
– A choroba? Operacja?
– Żadnej choroby nie było. Pieniądze przelałam na cele charytatywne. Do hospicjum dla dzieci. Z twojego imienia, swoją drogą. Możesz być dumny – uratowałeś troje dzieci.
– Ty… ty jesteś POTWOREM!
– Nie. Jestem kobietą, która przez dziesięć lat znosiła upokorzenia. Którą uważałeś za mebel. Której zdradzałeś na prawo i lewo, myśląc, że jestem głupia i niczego nie widzę. Po prostu oddałam ci dług. Z odsetkami.
– A mężczyzna na zdjęciu? Oleg?
– Mój kuzyn. Aktor. Poprosiłam go, żeby zagrał rolę. Nawiasem mówiąc, jest zachwycony – mówi, że dawno się tak nie bawił.
Roman patrzył na żonę – już byłą żonę – i nie poznawał jej. To była zupełnie inna kobieta. Mądra, przebiegła, bezwzględna.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał zmęczony.
– Nic. Po prostu uznałam, że powinieneś poznać prawdę. I jeszcze – mam propozycję.
– Jaką?
– Wracaj. Nie jako mąż – jako partner. Będziesz zarządzał salonami. Widzę raporty – bez ciebie sprzedaż spadła o dwanaście procent. Jesteś dobrym sprzedawcą, Roma. Kiepskim mężem, ale dobrym sprzedawcą.
– Z jakiej racji miałbym dla ciebie pracować?
– A masz inne opcje? – Anna wzruszyła ramionami. – Będziesz dostawał procent od zysków.
Roman milczał, przetrawiając to, co usłyszał. Duma krzyczała: „Poślij ją!”. Rozum zimno liczył: czynsz, jedzenie, kredyty – obecna pensja ledwo wystarczała na przeżycie.
– Pomyśl – Anna skierowała się do drzwi. – Oferta ważna tydzień.
– Poczekaj – zatrzymał ją Roman. – A jeśli… jeśli się zgodzę… Czy będzie między nami…
– Nie – ucięła ostro. – Nigdy. Zabiłeś wszystko, co nas łączyło. Ale nie jestem mściwa. Po prostu mądra. Potrzebuję dobrego menedżera, nie męża.
Drzwi zamknęły się. Roman został sam w ciasnym mieszkaniu, gdzie nawet ściany zdawały się drwić z niego.
Nalał sobie resztkę whiskey, podniósł szklankę.
– Cholerna suka – wymamrotał, ale bez dawnej złości. W jego głosie słychać było niemal pełne podziwu zmęczenie. – Ogryła mnie do czysta.
A jednak… Gdzieś głęboko, pod warstwami upokorzenia i zranionej dumy, tliła się dziwna wdzięczność. Anna mogła go całkowicie zniszczyć. Ale dała szansę. Ostatnią.
Wyjął rozbity telefon, włączył laptop. Musiał odpowiedzieć. Do końca tygodnia.
***
Anna jechała swoim nowym Mercedesem i uśmiechała się. W radiu grała wesoła melodia. Za oknem migały światła wieczornego miasta – jej miasta.
Przez dziesięć lat była cieniem. Teraz – panią własnego życia.
Telefon zawibrował. Wiadomość od brata: „Oskar dla ciebie, siostrzyczko. Genialnie zagrałaś”.
Anna roześmiała się. Tak, zagrała. I wygrała. Wolność, szacunek, siebie samą.
A Roman… Wróci czy nie – to już nieważne. Nie zależała już od jego wyboru.
Przed nią było nowe życie. Nareszcie własne.