Niosł smak prawdy.
Po spotkaniu Julien po raz ostatni zaczepił go na korytarzu.
Wyglądał na starszego. Nie pod względem lat. Pod względem konsekwencji. Jakby życie w końcu postanowiło zażądać swojej pełnej zapłaty.
„Kochałem cię” – powiedział.
Uwierzyła mu. Przynajmniej w tej skromnej i powierzchownej wersji, do której był zdolny.
Właśnie to sprawiło, że jego smutek był tak wyraźny, a nie okrutny.
„Nie” – odpowiedziała cicho. „Uwielbiałeś być kochany przeze mnie”.
Nie znalazł nic, co mógłby odpowiedzieć.
e.
Bo nie było już nic do powiedzenia.
Rok po ślubie, który powinien ją zniszczyć, Zofia wróciła do kościoła Saint-Nizier.
Nie na oficjalną ceremonię.
Nie dla widowiska.
Tylko dla nich.
Popołudniowe światło wpadało przez witraże, a ich niebiesko-złote wstążki lśniły. Kościół był prawie pusty, z wyjątkiem kilku świec i starego księdza, który pobłogosławił je ciepłem znacznie przewyższającym jego zaskoczenie. Zofia stała w tym samym miejscu, w którym jej życie legło w gruzach, tym razem ubrana w prostą, lekką kremową sukienkę, w której mogła oddychać. Mathieu stał obok niej w ciemnym garniturze, bez publiczności, która mogłaby zrobić na niej wrażenie.
„Temu miejscu wyjątkowo brakuje dyskrecji” – mruknęła.