Mattheu spojrzał w górę na sklepiony sufit.
„Podobnie jak los, najwyraźniej”. „
Zaśmiała się, a dźwięk cicho rozbrzmiał w nawie.
Potem wyjął z kieszeni małe aksamitne pudełeczko.
W środku nie było pierścionka.
To był owalny wisiorek z małą, sprasowaną białą kamelią, umieszczoną pod szkłem.
„Róże z tamtego dnia zwiędły” – powiedział. „Pomyślałem, że może zasługujemy na kwiat z lepszym instynktem”.
Emocje wezbrały w niej tak gwałtownie, że ukradły mu słowa.
Z nieskończoną czułością zarzucił jej łańcuszek na szyję. Potem jego dłonie spoczęły lekko na jej ramionach i pozostali tam przez chwilę, razem, pośród przemienionego ducha dawnego upokorzenia.
„Nigdy cię nie prosiłem jak należy” – powiedział.
Jej serce zabiło mocniej.
Stał naprzeciwko niej, wpatrując się w nią wzrokiem, a jego głos był tak cichy, że sam kościół zdawał się pochylać, by go usłyszeć.
„Sophie, gdyby nie było długów, skandalu, tchórzliwego brata, presji, publicznej katastrofy… gdyby tylko ty, ja i czas w końcu zachowywali się uczciwie… i tak bym cię wybrał. Wybrałem cię na długo przed tym ołtarzem. Na długo zanim dowiedziałaś się, że pewnego dnia moje imię może stać się twoim domem”.
Łzy zamgliły mu wzrok.
Otarł jedną kciukiem, z tym czułym zachwytem, który wciąż żywił do własnej łagodności, jakby miłość wciąż była cudem.
„Nie mogę wymazać tego, jak to wszystko się zaczęło” – powiedział. „Ale jeśli sobie życzysz, spędzę resztę życia, upewniając się, że to, co zbudujemy, będzie godne ciebie”.
Odpowiedź padła bez wahania, bo między gniewem a prawdą, między białymi kameliami a późnymi śniadaniami, między wojnami w salach konferencyjnych a nocną ciszą, przestała być jedynie przetrwaniem tego małżeństwa.
Zaczęła żyć w nim.
„Tak” – mruknęła.
Tym razem, kiedy pocałował ją w kościele, nie była to już obietnica złożona na gruzach.
To była radość.