Nawet po tylu latach to spojrzenie było w stanie ją rozbroić.
Podszedł do niej, trzymając córkę na jednym ramieniu, a drugą rękę już wyciągnął w jej stronę, jakby ten gest zawsze był dla niej czymś naturalnym.
„Dlaczego tak na mnie patrzysz?” zapytała.
Mathieu pochylił się i pocałował ją w skroń.
„Bo wciąż pamiętam młodą kobietę w kościele, trzymającą zwiędłe róże, jakby wstydziła się, że została zraniona”.
Przełknęła grubą warstwę swojej
gardło.
„Starała się nie złamać”.
„Nie” – powiedział, delikatnie podając jej córkę, po czym objął jej twarz dłońmi. „Po prostu przetrwała wystarczająco długo, by być kochaną tak, jak na to zasługiwała”.
Wieczorny wiatr szeleścił w cedrach.
Za nimi, w środku, stół był już nakrywany. Camille i Lucie przychodziły na kolację. Ich ojciec ostatnio znowu się śmiał. Matka modliła się mniej rozpaczliwie. Stara trucizna została wykorzeniona.
Sophie uniosła twarz i powoli pocałowała męża pod gołym niebem, ich dziecko między nimi, cała ich przyszłość na granicy światła.
Kiedyś stała przy ołtarzu, wierząc, że jej życie się kończy.
Nie miała pojęcia, że w końcu się zaczyna.