Nadeszło lato, topniejąc resztki zimowego horroru. Koszmary Maisie ustąpiły. Żebra Davida się zagoiły i wrócił do swojej działalności. Sfinalizowaliśmy dokumenty prawne, wyznaczając Geralda Fitzpatricka na oficjalnego ojca chrzestnego i opiekuna prawnego dziewcząt na wypadek, gdyby coś nam się stało. Płakał otwarcie, kiedy wręczaliśmy mu dokument.
Przetrwaliśmy pustkę. Zbudowaliśmy własną wioskę.
Ale duchy, zwłaszcza te spętane własnym ego, rzadko pozostają pogrzebane w ciszy. Gdy powietrze stało się kruche, a kalendarz cofnął się do grudnia, zbliżała się rocznica traumy.
A potem, dokładnie trzy dni przed Bożym Narodzeniem, zadzwonił dzwonek do drzwi.
Rozdział 5: Ostateczna granica
Otworzyłam ciężkie drzwi wejściowe i zobaczyłam kuriera stojącego na oszronionym ganku. Trzymał w ręku ogromne, jaskrawo zapakowane tekturowe pudełko ozdobione ostentacyjną srebrną kokardą.
„Przesyłka dla Maisie i Ruby Anderson” – mruknął kurier, podsuwając mi elektroniczną podkładkę.
Podpisałam, a zimny dreszcz przerażenia przebiegł mi po plecach. Wciągnęłam ciężkie pudełko do przedpokoju i natychmiast wyjęłam nóż do cięcia kartonów. Przecięłam drogi papier do pakowania i odchyliłam tekturowe zakładki.
W środku leżało kilkanaście starannie zapakowanych prezentów – drogie lalki, markowe ubrania, tablet. Na wierzchu sterty leżała gruba koperta z grubego kartonu.
Otworzyłam ją. Pismo należało do mojej matki – drżącym, rozpaczliwym i nieomylnym.
Do naszych ukochanych wnuczek. Bardzo nam przykro. Proszę, proszę, wybaczcie nam. Tęsknimy za wami każdego dnia. Kochani, Babciu i Dziadku.
Stałam na korytarzu, wpatrując się w kaligrafię. Nie było w niej ani śladu strachu, jaki wywołali. Żadnego przyznania się do zamkniętych drzwi ani okrutnych słów. Tylko żałosna, finansowo desperacka próba wykupienia się z czyśćca, który sami sobie zgotowali.
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Metodycznie wyniosłam całe pudło tylnymi drzwiami, otworzyłam klapę miejskiego śmietnika w zaułku i wyrzuciłam wszystko do śmieci. Nie powiedziałam Davidowi. Na pewno nie powiedziałam dziewczynom. Nie wpuszcza się trucizny z powrotem do domu tylko dlatego, że jest owinięta srebrną wstążką.
Dokładnie godzinę później zadzwonił mój telefon komórkowy. Numer był zablokowany, ale wiedziałam, kto to. Odebrałam, stojąc sama w kuchni.
„Sarah?” Głos Helen był mokrym, ochrypłym szlochem. Arogancka matriarcha zniknęła całkowicie, zastąpiona przez złamaną, zdesperowaną zjawę. „Dostałaś prezenty? Proszę, Sarah. Proszę, pozwól nam je zobaczyć. Tylko na pięć minut. Błagamy cię”.
„Wrzuciłam je do śmieci” – powiedziałam, a mój głos był twardy jak skała.