Tego wieczoru przybyłam do hotelu w prostej sukience, z starannie upiętymi włosami i lekko napiętymi dłońmi – nie dlatego, że to miejsce mnie przytłaczało.
Hotel był mój.
To, co mnie niepokoiło, to moja rodzina.
Mój brat Andrés świętował zaręczyny z Danielą, kobietą, która na każdym zdjęciu wyglądała idealnie i prezentowała się z nienaganną elegancją – przynajmniej w towarzystwie „właściwych” osób. Przyjechałam z mojego małego miasteczka, żeby wziąć w nich udział, mimo że lata spędziłam na budowaniu życia pełnego kontraktów, spotkań i ważnych decyzji. Dla nich wciąż byłam po prostu „dziewczyną ze wsi”.
Tą, która pachniała ziemią.
Tą, która nie umiała się odpowiednio ubrać.
Tą cichą.
Tą, która rzekomo nie rozumiała luksusu.
Nikt tam nie wiedział, że Gran Hotel Alborada – okazały marmurowy budynek z strzelistymi żyrandolami i pokojami zarezerwowanymi na miesiące do przodu – należał do mnie od trzech lat.