
Córka zaprosiła mnie na tydzień nad Bałtyk. Ucieszyłam się jak dziecko. Tydzień nad morzem. Siedem dni słońca, wiatru i szumu fal. Tak to sobie wyobrażałam, kiedy Patrycja zadzwoniła z zaproszeniem.
A potem siedziałam wieczorami w wynajętym apartamencie, kroiłam jabłka na ćwiartki dla wnuków i słuchałam, jak za oknem bawi się reszta świata.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam nad morzem. Chyba jeszcze z Mirkiem, zanim zachorował. Pięć lat temu? Sześć? Czas się zlewa, kiedy człowiek żyje sam w dwupokojowym mieszkaniu i jedynym wypadem jest Biedronka na rogu.
Mam na imię Danuta, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem wdową. Dwadzieścia osiem lat przepracowałam jako sprzedawczyni w osiedlowym sklepie spożywczym. Teraz żyję z emerytury, która nie pozwala na szaleństwa.
Patrycja, moja jedyna córka, mieszka z mężem Grzegorzem w Warszawie. Mają dwoje dzieci – Oliwię, siedem lat, i Kacperka, który niedawno skończył cztery. Widuję ich na święta, czasem na imieniny. Patrycja dzwoni raz w tygodniu, zwykle w niedzielę wieczorem, zwykle na dziesięć minut, zwykle z pytaniem, czy zdrowa, czy coś potrzebuję. Nie potrzebuję. Znaczy – nie tego, co ma na myśli.
Dlatego kiedy w czerwcu powiedziała: “Mamo, wynajęliśmy apartament nad Bałtykiem, jedź z nami” – poczułam coś, czego dawno nie czułam. Radość taką dziecięcą, głupią, od środka. Kupiłam nowy kostium kąpielowy, sandały, nawet krem z filtrem, bo Mirka koleżanka kiedyś powiedziała, że słońce nad morzem jest inne niż w Lublinie. Spakowałam się trzy dni wcześniej.
Jechaliśmy samochodem Grzegorza. Pięć godzin, bo korki pod Łodzią. Kacperek płakał, Oliwia grała na tablecie, Patrycja scrollowała telefon. Grzegorz milczał za kierownicą. Ja patrzyłam przez okno i uśmiechałam się jak idiotka.
Apartament był ładny. Dwa pokoje, aneks kuchenny, balkon z widokiem na sosny. Do plaży piętnaście minut piechotą. Władysławowo. Rozpakowanie, szybkie kanapki, dzieci od razu chciały na plażę. Poszliśmy wszyscy razem i pomyślałam, że to będzie najlepszy tydzień od lat.
Następnego ranka Patrycja przysiadła się do mnie przy kawie.
– Mamo, słuchaj, my z Grzesiem chcielibyśmy skoczyć do Sopotu. Wiesz, trochę pospacerować, zjeść coś na mieście. Dasz radę z dziećmi?
Pewnie, że dam radę. To moje wnuki. Uśmiechnęłam się, powiedziałam “jedźcie, jedźcie” i nawet dodałam, że Patrycja zasługuje na odpoczynek. Bo zasługiwała. Pracuje, dom, dzieci – wiem, jak to jest.