„Jesteś moją żoną.”
„Twój świat próbował mnie zabić”.
„I spalę je, zanim pozwolę, by znów cię dotknęło”.
Powinna była bardziej się starać. Powinna była mu odmówić, zniknąć w ciemności, znowu zmienić nazwisko, znaleźć inny pokój nad inną pralnią.
Ale była tak zmęczona.
Zmęczona patrzeniem w okna. Zmęczona spaniem z kuchennym nożem pod poduszką. Zmęczona zastanawianiem się, czy każdy obcy, który dwa razy spojrzał na jej brzuch, był jednym z ludzi Vincenta.
Kiedy więc Damien zaprowadził ją do SUV-a, pozwoliła mu.
Nie dlatego, że ufała światu, z którego pochodził.
Ponieważ po raz pierwszy od ośmiu miesięcy nie musiała dźwigać prawdy sama.
Zatrzymali się w jej pracowni nad pralnią. Twarz Damiena stwardniała, gdy zobaczył budynek, łuszczącą się farbę, zepsute zamki, wąską klatkę schodową, która pachniała detergentem i wilgotnym betonem.
„Mieszkałeś tu?”
„Przeżyłem tutaj.”
Nie miał odpowiedzi.