W końcu dotarliśmy na piętro dla kadry kierowniczej. „Michael to wszystko zbudował” – zamigał Robert, rozglądając się po eleganckim apartamencie.
„Zbudował” – potwierdziłem. „Wszyscy tutaj darzą go wielkim szacunkiem”.
Robert skinął głową, ale dostrzegłem w jego wyrazie twarzy nutę melancholii. „Jestem z niego dumny” – zamigał. „Chciałbym… Chciałbym go lepiej poznać jako dorosłego. Kiedy był młody, byliśmy sobie bardzo bliscy. Ale kiedy dorósł, zdawał się czuć, że musi sam o wszystko zadbać. Myślę, że uważał, że moja głuchota czyni mnie kruchą, że musi mnie chronić przed swoimi zmartwieniami”.
Serce bolało mnie z powodu ich obojga. Była prawie trzecia, kiedy wróciliśmy do holu. Gdy Robert szykował się do wyjścia, zobaczyłem nadchodzącą Margaret, z twarzą pełną ledwo kontrolowanego gniewu.
„Catherine” – powiedziała głosem tak ostrym, że aż tłukł szkło. „Muszę z tobą porozmawiać. Natychmiast”.
Odwróciłem się do Roberta, żeby wyjaśnić, ale zanim zdążyłem cokolwiek podpisać, głos za mną powiedział: „Właściwie, Margaret, najpierw muszę porozmawiać z panną Walsh”.
Odwróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z samym Michaelem Hartwellem. Był wysoki, miał te same inteligentne oczy co jego ojciec i aurę cichego autorytetu.
„Panie Hartwell” – wyjąkała Margaret, wyraźnie oszołomiona. – „Właśnie miałem rozmawiać o nieobecności pani Walsh w jej obowiązkach…”