
Eliza powoli podniosła się z kanapy. Serce biło jej tak mocno, że przez chwilę trudno było jej złapać oddech. Do przedpokoju weszła Klara — blada, z rozczochranymi włosami, w jednej ręce trzymała dużą torbę, w drugiej kurtkę młodszego syna. Za nią starsza dziewczynka wciągnęła walizkę. Chłopiec przyciskał do piersi plastikowego dinozaura i rozglądał się bezradnie. — Cześć — powiedziała cicho Klara. — Jesteśmy tylko na chwilę. Tomasz mówił, że nie będziesz miała nic przeciwko. Eliza przeniosła wzrok na męża. Stał pod ścianą, unikając jej spojrzenia. — Powiedziałem, że porozmawiamy — wymamrotał. — Nie — ucięła Eliza. — Przywiozłeś ludzi z rzeczami. To już nie jest rozmowa. To próba postawienia mnie przed faktem dokonanym. Klara poczerwieniała. — Jeśli tak ci nieprzyjemnie nas widzieć, możemy wyjść. Tylko nie mamy dokąd pójść. — Nie rób ze mnie potwora — głos Elizy zadrżał, ale nie ustąpiła. — Nie wyrzucam dzieci na ulicę. Mówię, że Tomasz nie miał prawa zapraszać was tutaj bez mojej zgody. — Ile można wszystko uzgadniać? — Tomasz niespodziewanie wybuchnął. — To moja siostra! Ma problem, a ty myślisz tylko o swoich zasadach! Eliza spojrzała na niego, jakby po raz pierwszy zobaczyła człowieka, z którym spędziła trzy lata. — O moich zasadach? To one utrzymują nas na powierzchni. Doskonale wiesz, ile płacimy. Wiesz, że właścicielka zabroniła dodatkowych lokatorów. I wiesz, że powiedziałam „nie”. Ale tobie łatwiej było mnie oszukać, niż uczciwie porozmawiać. Klara opuściła torbę na podłogę. — Tomasz, nie powiedziałeś, że Eliza jest przeciwna. Zacisnął usta. — Myślałem, że zrozumie, kiedy was zobaczy. — Czyli specjalnie liczyłeś na litość?
— Eliza uśmiechnęła się gorzko. — Świetny plan. W tej chwili zadzwonił telefon Tomasza. Na ekranie pojawiło się imię Małgorzaty. Odebrał, odwracając się, ale matka mówiła tak głośno, że wszyscy ją słyszeli. — Są już u was? No nareszcie! Eliza przecież nie urządzi sceny? Powinna zrozumieć: dzieci są ważniejsze niż jej zachcianki. Tomasz znieruchomiał. Eliza podeszła i spokojnie wyciągnęła rękę. — Daj telefon. Zawahał się, ale jej go podał. Eliza przyłożyła go do ucha. — Małgorzato, wszystko słyszałam. I powiem to raz: moje granice to nie zachcianka. Twoja córka potrzebuje pomocy, ale nie kosztem kłamstwa i cudzego domu. — Jak ty się do mnie odzywasz?! — oburzyła się kobieta. — Klara jest z dziećmi, a ty liczysz metry kwadratowe! — Właśnie dlatego, że są dzieci, dorośli powinni podejmować odpowiedzialne decyzje. Tomasz może pomóc pieniędzmi, znaleźć prawnika, dołożyć się do wynajęcia pokoju. Ale nie będzie wprowadzał trzech osób do mieszkania, za które we dwoje ledwo płacimy. Małgorzata odpowiedziała coś ostro, ale Eliza zakończyła rozmowę i położyła telefon na komodzie. Przez kilka sekund w przedpokoju panowała cisza. Potem starsza córka Klary zapytała cicho: — Mamo, znowu pojedziemy do babci? Klara zamknęła oczy. Z jej twarzy nagle zniknęła uraza, została tylko zmęczona bezradność. — Przepraszam — powiedziała do Elizy. — Naprawdę nie wiedziałam. On powiedział, że wszystko jest ustalone. — Wierzę ci — odpowiedziała Eliza już łagodniej. — I przykro mi, że znalazłyście się w takiej sytuacji. Ale trzeba znaleźć prawdziwe rozwiązanie, a nie takie, które jest wygodne dla Tomasza. Tomasz gwałtownie wypuścił powietrze. — Czyli tak? Zmusisz ich, żeby wyszli?