
Następnego dnia działka przywitała ją dziwną ciszą. Ani zwykłego szelestu, ani krzątaniny przy ogrodzeniu. Marta podeszła do grządek — truskawki znów zniknęły. Prawie wszystkie te spryskane. Powoli się wyprostowała. I wtedy od strony domu sąsiadów rozległ się krzyk. — Mamo! To się nie zmywa! — pisk Lary przeciął powietrze. Marta odwróciła głowę. Na ganku stała Lara — usta, język, a nawet broda były jaskrawo niebieskie, wpadające w fiolet. Obok Łukasz próbował wytrzeć ręce o szorty, ale tylko rozmazywał intensywny kolor. Marek płakał, pokazując na swoje zęby w odbiciu telefonu. — Co wy znowu zrobiliście?! — Inga wybiegła za nimi, lecz gdy ich zobaczyła, zamarła. — To… to były jagody… — wymamrotała Lara. — Jakie znowu jagody?! Marta podeszła do płotu. Spokojnie. Aż za spokojnie. — Moje. Inga powoli przeniosła na nią wzrok. — Co ty zrobiłaś? — Nic niebezpiecznego. Po prostu oznaczyłam to, co do mnie należy. — Chciałaś otruć dzieci?! — Gdybym chciała je otruć, rozmowa wyglądałaby inaczej — Marta patrzyła prosto. — To barwnik spożywczy. Zmyje się. Za parę dni. Lara zaszlochała: — Mamo, ja tak do szkoły nie pójdę… — A przez płot potrafiłaś przechodzić? — zapytała cicho Marta. Zapadła cisza. Inga otworzyła usta, ale nie znalazła słów.