
…W pokoju zapanowała ciężka cisza. Powietrze zgęstniało, stało się lepkie. Śmiech zgasł, jakby ktoś ściszył dźwięk. Tomasz odwrócił się do żony z bladą twarzą: — Izabela, przestań. — Ale ona już go nie słyszała. — Chciałaś przedstawienia, Marianno? To masz — jej głos był równy, prawie słodki. — Pamiętasz, jak co tydzień dzwoniłaś, skarżąc się, że emerytura niska, że serduszko “nie daje rady”? A ja przelewałam ci pieniądze, chociaż mieliśmy na kolację tylko zupę z fasoli? Płaciłam za twoje leki, za “remont”, za wakacje nad Bałtykiem, które, nawiasem mówiąc, spędzałaś z tym twoim „komitetem sąsiedzkim”, prawda? — Uśmiechnęła się kpiąco i upiła łyk wina. — Myślałaś, że nie wiem? Marianna zbladła. — Kłamiesz, gówniaro. — Kąciki jej ust drgnęły, lecz pewność siebie zniknęła. — Nie kłamię — Izabela wstała. — Po prostu milczałam. Cały ten czas. Wiesz czemu? Bo wierzyłam, że mamy rodzinę. Że masz choć trochę serca. A ty jesteś pasożytem, Marianno. Wysysasz życie z ludzi wokół, dopóki inni się duszą. — Zrobiła krok w jej stronę, a w pokoju zapanowała prawdziwa cisza. Tomasz poderwał się od stołu. — Dość! Przestań! — krzyknął, ale głos mu się załamał. Izabela spojrzała na niego i roześmiała się — dźwięcznie, rozpaczliwie. — Przestać?