Ciąg dalszy historii

…Po tamtym wieczorze w ich mieszkaniu zapanowała cisza. Nie zwykła niezręczność, lecz gęsta mgła, przez którą każde słowo musiało być przemyślane, żeby nie zranić. Zofia unikała rozmów. Marcin udawał, że wszystko jest pod kontrolą, ale jego oczy zdradzały bezsilność. Oboje wiedzieli: Małgorzata nie odpuści. Już po dwóch dniach znów zadzwoniła. — Znalazłam ekipę do remontu. Niedrogo, ale trzeba uzgodnić szczegóły. Kiedy przyjedziecie? Zofia przygryzła wargę. — Jeszcze nie zdecydowaliśmy, mamo — powiedział Marcin, stojąc obok, lecz jej donośny głos z telefonu prawie go zagłuszył. — Decydujcie szybciej. Takie okazje nie czekają. Zofia z impetem wcisnęła przycisk „koniec rozmowy”. Po tym telefonie zaczęła zbierać dokumenty. Nerwy napięły się jak sprężyna. Papiery, klucze, zaświadczenia. Jeśli trzeba będzie, załatwi wszystko oficjalnie — to jej spadek. Wieczorem siedzieli w kuchni. Pusta filiżanka, zimna herbata, tykanie zegara. — Zosiu — zaczął wreszcie Marcin — spróbujmy chociaż na jakiś czas. Jest jej naprawdę ciężko. Przecież jesteśmy rodziną. — Rodziną? — jej głos zadrżał. — Rodzina, Marcin, to wtedy, gdy decyzje podejmuje się razem. Gdy jest szacunek. A tutaj?.. Ona po prostu weszła i oznajmiła. „Będzie mi tu wygodnie!” — jakby to ja byłam gościem! Milczał. Bolały go jej słowa, ale gdzieś głęboko wiedział, że rozumie matkę. — Co proponujesz? — spytała cicho Zofia.