
— Amelia! — głos drżał. — Prosiłam cię, żebyś nie przeszkadzała! Dziewczynka drgnęła, ale nie puściła jego ręki. Tomek milczał — nie złościł się, nie uśmiechał, po prostu patrzył. Maria rzuciła mu przepraszające spojrzenie. — Przepraszam, panie Lis — powiedziała szybko. — To się już nie powtórzy. Tomek nagle uniósł dłoń i cicho powiedział: — Wszystko w porządku. Nie przeszkadzała. Maria oniemiała. Zazwyczaj był chłodny, trzymał dystans. Jego głos teraz brzmiał łagodniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Od tego dnia Amelia coraz częściej pojawiała się w jego domu — z rysunkami, kredkami, z dziecięcą powagą, jakby rozumiała, że tu nie wolno hałasować. Czasem podchodziła i coś opowiadała, patrząc prosto w oczy, bez lęku, z czystą szczerością. — A pan kiedyś tańczył? — zapytała pewnego razu. Uśmiechnął się krzywo. — Chyba tak. Dawno temu. — To ja pana nauczę znowu. Tylko rękami! — zaśmiała się, kręcąc się w miejscu, wyciągając do niego dłonie. Tomek też nagle się uśmiechnął.