
…Że miłość to nie usługa. To nie obowiązek. To wybór, który trzeba podejmować każdego dnia od nowa. Wieczorem wrócił do domu. Emma siedziała z synem, pomagała mu w zadaniach. Słuchając, jak Leo sylabizuje, uśmiechała się — spokojnie, prawdziwie. Marek stał w drzwiach i nagle poczuł, jak desperacko tęsknił za tym spojrzeniem. — Em — powiedział cicho. Podniosła głowę, lecz nie odpowiedziała. — Chciałem… przeprosić. Za wszystko. Za telefon, za krzyki, za te głupoty. Zamknęła zeszyt. — Przeprosić to łatwo powiedzieć. — Wiem. Po prostu byłem idiotą. Naprawdę. Myślałem, że ważne jest to, jak się wygląda, a nie kim się jest. — I co się zmieniło? — Plama na koszuli — zaśmiał się. — Od niej się zaczęło. Emma wciąż milczała, ale jej spojrzenie złagodniało. Leo uśmiechnął się do ojca i powiedział: — Tato, a możemy jutro pójść po nowe buty? Te mnie uciskają. Marek przykucnął przed synem, potargał mu włosy. — Możemy, synku. Jutro — na pewno. Następnego dnia poszli we trójkę. Po prostu razem. Bez wielkich rozmów, bez dramatów. Sklep obuwniczy był pełen ludzi, pachniało nową skórą. Leo wybrał buty z jaskrawożółtymi sznurówkami. Emma śmiała się, obserwując, jak Marek chłonie dziecięcą radość. — Bierzemy — powiedział. — Dwa rozmiary większe. Na zapas. — Jesteś pewien, że cię na to stać? — zapytała ostrożnie. Spojrzał jej prosto w oczy. — Dla was zawsze mnie stać. Po sklepie wpadli do kawiarni. Emma zamówiła cappuccino, Marek — herbatę bez cukru. Rozmawiali o drobiazgach — o szkole Leo, o remoncie, o filmie, który od dawna chcieli obejrzeć. Marek pierwszy raz od dawna czuł lekkość. Jakby znów potrafił oddychać. * * * Tydzień później wrócił z pracy wcześniej.