Ciąg dalszy historii
W rękach niósł bukiet. Nie z obowiązku, nie z poczucia winy, ale po prostu „bo tak”. Emma była zaskoczona, lecz przyjęła go z uśmiechem. — Dziś sam przygotuję kolację — powiedział, zapinając rękawy nowej, czystej koszuli. — Odważnie — uśmiechnęła się. — Co gotujesz? — Barszcz. Nie śmiej się, widziałem przepis w internecie. Zaśmiała się. — To pomogę. Tylko nie zapomnij o soli. W kuchni pachniało cebulą, koperkiem, życiem. Stali obok siebie. Czasem sypał za dużo pieprzu, czasem ona narzekała, że garnek jest za mały. Ale śmiali się oboje. Marek nie bał się już patrzeć w lustro. Widział człowieka, który przestał być statystą we własnej rodzinie. * * * Miesiąc później wezwał go Müller. — Marek — powiedział — dobrze cię znowu widzieć w formie. A tak przy okazji: premia wróciła. Marek skinął głową. — Dziękuję. Ale wie pan, teraz wiem, że premia to nie najważniejsze. — A co jest, twoim zdaniem, najważniejsze? — zapytał Müller. Marek się uśmiechnął. — Żeby w domu ktoś na ciebie czekał. Wieczorem, gdy wrócił, otworzył drzwi — a z kuchni wypłynął zapach barszczu. Ten sam. Leo rzucił mu się na szyję: — Tato! Zobacz, sam zawiązałem sznurówki! Marek podniósł syna, patrząc na te żółte sznurówki — jaskrawe jak nowe życie. Spojrzał na Emmę. Stała przy kuchni, lekko się uśmiechając. — Co, znowu buty? — zapytała, mrugając. — Nie — odparł poważnie. — Od tego wszystko się zaczęło. I wiesz co? Cieszę się, że tak się zaczęło. Podeszła bliżej, spojrzała mu w oczy. — Ważne, żeby się nie skończyło. Przyciągnął ją do siebie, objął. I pierwszy raz od dawna zrozumiał, że wszystko wróciło na swoje miejsce. I buty, i koszule, i to, co najważniejsze — dom.