Data w raporcie poprzedzała jego „cudowne” poczęcie z kochanką, która rozbiła nasze małżeństwo. Wyprzedzała obecną ciążę Tiffany o dekadę.
Zadowolony uśmiech Richarda nie tylko zniknął; zniknął, zastąpiony szarą, popielatą bladością. Mikrofon, wciąż włączony, wychwycił dźwięk jego urywanego, spanikowanego oddechu. Papier w jego dłoniach zaczął trzeszczeć – gorączkowy, staccato, który rozniósł się echem po ogrodzie wartym 10 milionów dolarów.
„To… to falsyfikat” – wyszeptał Richard, ale jego głos załamał się, zdradzając przerażenie krzyczące w jego umyśle.
„To z twojego prywatnego portalu, Richard” – powiedziałem, robiąc krok naprzód w światło. Mój głos był spokojny, dźwięczny. „Ukryłaś to na strychu, bo nie potrafiłaś pogodzić się z faktem, że nie byłaś tym „idealnym okazem”, za jakiego się uważałaś. Obwiniałaś mnie za swoją biologię. Nazywałaś nas śmieciami, bo byłaś zepsuta i nie miałaś odwagi, by się do tego przyznać”.
Richard spojrzał na ciążowy brzuch Tiffany. Spojrzał na tłum gości z „starymi fortunami”, którzy już wyciągali telefony, wyczuwając zapach krwi w wodzie. Potem znowu spojrzał na kartkę.
Z jego gardła wyrwał się gardłowy, rozdzierający duszę krzyk – dźwięk mężczyzny obserwującego, jak cała jego tożsamość płonie w czasie rzeczywistym. Odwrócił się do Tiffany, a w jego oczach szalała nowa, szalona nienawiść.
Cliffhanger: Kiedy Richard krzyczał, Tiffany nie płakała. Nie protestowała. Jej twarz pobladła śmiertelnie, cofnęła się gwałtownie o krok, a jej ręka opadła z brzucha. Nie patrzyła na męża; Spojrzała w stronę wyjścia, gdzie przystojny, młody „ochroniarz” już się odwracał, żeby odejść.
Rozdział 5: Upadek imperium