— Wiesia? — Ryszard zawołał ponownie. — Co ty tam robisz?
Zamknęłam notes tak szybko, że świeca prawie zgasła.
Za późno.
Ryszard wspiął się na krzesło, wsunął głowę przez otwór i zobaczył walizkę.
A właściwie zobaczył złoto.
Jego oczy zmieniły się natychmiast.
— Matko Boska… — wyszeptał. — Co to jest?
— Nie wiem jeszcze.
— Jak to nie wiesz? To pieniądze.
Wciągnął się na górę niezgrabnie, strącając tynk na podłogę. W ciasnym schowku zrobiło się duszno od jego oddechu, papierosów i nagłej chciwości.
Chwycił woreczek z monetami.
— Ryszard, nie dotykaj.
Spojrzał na mnie, jakbym oszalała.
— Kobieto, ty widzisz, co tu leży? Przez całe życie gnieździmy się u matki, dostajemy dziurawy strych, a ty mówisz „nie dotykaj”?
— To nie jest nasze.
— Leżało w naszym mieszkaniu.
— Mieszkanie też jeszcze nie jest nasze. To przydział zakładowy.
— No właśnie. Zakład dał, Bóg dał resztę.
Zabrałam mu woreczek z ręki.
— Są dokumenty. Zdjęcia. Nazwisko. Rodzina Landauów.
Ryszard zmarszczył brwi.
— Jaka rodzina?
Pokazałam fotografię.
Przez chwilę patrzył na twarze ludzi na zdjęciu: mężczyzna w kapeluszu, kobieta w jasnej sukience, dwie dziewczynki z kokardami i starsza pani siedząca na krześle.
— Żydzi? — zapytał ciszej.
— Nie wiem. Możliwe.
— To tym bardziej nikogo już nie ma.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż kurz w płuca.
— Skąd wiesz?
— Bo jakby byli, to by wrócili.
— Może nie mogli.
Ryszard odwrócił wzrok.
Nie chciał rozmawiać o wojnie. W naszym domu o wojnie mówiło się tylko tyle, ile trzeba było na akademiach zakładowych. O bohaterach, sztandarach i odbudowie. Nie o walizkach ukrytych pod dachem.
Zeszliśmy na dół po północy.
Kazałam mu nic nikomu nie mówić.
Przysiągł.
Rano wiedziała już cała jego rodzina.