Genowefa przyszła pierwsza, w kapciach i z krzyżykiem na piersi.
— Pokaż — zażądała.
Za nią Elżbieta z rozczochranymi włosami, jeszcze w szlafroku, i Zenek, który nagle bardzo zainteresował się remontem.
— Rysiek mówił, że znaleźliście kosztowności — powiedziała teściowa. — Trzeba to mądrze załatwić.
Stanęłam pod klapą.
— Nie będziecie tam wchodzić.
Genowefa aż się zachłysnęła.
— Co ty powiedziałaś?
— To są rzeczy konkretnej rodziny. Są dokumenty. Trzeba zgłosić to właściwie i odszukać spadkobierców, jeśli żyją.
Elżbieta roześmiała się krótko.
— Słyszysz, mamo? Królowa sprawiedliwości. Ona chce oddać złoto ludziom ze zdjęcia.
Zenek podrapał się po karku.
— A może lepiej najpierw zobaczyć, ile tego jest?
Ryszard nie patrzył na mnie.
Już wiedziałam.
Tej nocy nie zdradził przypadkiem. Pobiegł do matki jak chłopiec z kieszeniami pełnymi cukierków.
Genowefa ściszyła głos.
— Wiesia, posłuchaj. Jak oddamy wszystko do zakładu, kierownik może nam pomóc. Może zamienią nam to mieszkanie na niższe piętro. Może Ela dostanie osobny przydział po ślubie. Trzeba umieć żyć.
— To nie jest towar na zamianę.
— A co? Relikwie?
— Czyjeś nazwisko. Czyjeś życie.
Teściowa podeszła bliżej.
— A twoje życie to co? Dalej chcesz gnić w pokoiku od północy? Jesteś głupia albo pyszna.
Paweł siedział w kącie z drewnianym samochodzikiem i patrzył na nas szeroko otwartymi oczami.
Wtedy zrozumiałam, że jeśli zostawię walizki na miejscu, rano ich nie będzie.
Czekałam do wieczora.
Kiedy wszyscy poszli po zakupy i do pralni, weszłam na górę sama. Spakowałam dokumenty z pierwszej walizki do płóciennej torby. Złota nie ruszyłam. Drugi kufer nadal był zamknięty. Zamek wyglądał solidniej, ale miał pęknięcie przy zawiasie.
Czułam, że powinnam poczekać.
Nie poczekałam.
Podważyłam go starym dłutem.
Otworzył się ciężko, z zapachem wilgoci i starego papieru.
W środku nie było monet.
Były listy, dziennik, kilka dziecięcych sukienek, owinięty w szmatę srebrny świecznik, a pod spodem metalowa kaseta. W niej koperta opieczętowana lakiem.
Na kopercie napis:
„Do pana Stefana Krawczyka, jeśli będzie miał sumienie.”
Znałam to nazwisko.
Wszyscy w zakładzie znali.
Stefan Krawczyk był przewodniczącym rady zakładowej. Człowiek w garniturze, który przemawiał na uroczystościach, rozdawał talony, podpisywał listy mieszkań i klepał robotników po ramieniu. Mieszkał w naszym bloku, dwa piętra niżej. Jego żona grała w karty z Genowefą.
Otworzyłam list.
Pismo było inne niż w notesie. Drżące, pośpieszne.
„Stefanie, jeśli nas zabiorą, pamiętaj, że obiecałeś pilnować walizek do powrotu Róży albo jej dzieci. Nie pozwól, by ktoś mówił, że dom Landauów był niczyj. W schowku są dokumenty, świadectwa i list do naszej córki. Jeśli zdradzisz tę obietnicę, Bóg i ludzie znajdą twoje nazwisko.”
Podpis:
Izaak Landau.
Usiadłam na deskach, czując, jak robi mi się zimno mimo dusznego strychu.
Stefan Krawczyk.
Człowiek, który miał pilnować walizek.
Człowiek, który po wojnie został ważnym działaczem.
Człowiek, który mógł przez czterdzieści lat wiedzieć, co leży nad naszym sufitem.
Nie spałam całą noc.
Siedziałam przy walizkach, z dokumentami w torbie i świecą wypalającą się do końca. Bałam się Ryszarda, teściowej, Krawczyka i tego, że jeśli zasnę, rano wszystko zniknie, a ja zostanę z pustym otworem w suficie i własnym milczeniem.
O świcie zapukała sąsiadka z piątego piętra, pani Melania.
Starsza, chuda kobieta z siatką na mleko i oczami, które widziały więcej, niż mówiły.
— Nie spałaś — stwierdziła.
Nie odpowiedziałam.
Popatrzyła na klapę w suficie.
— Znalazłaś.
Serce mi zamarło.
— Pani wiedziała?
Weszła bez pytania, zamknęła drzwi i usiadła na taborecie.
— W tym mieszkaniu przed wojną mieszkał majster Landau z rodziną. Nie w tym bloku, bo bloku nie było. Tu stała ich kamienica, część murów wykorzystano po wojnie przy przebudowie. Moja matka prała u nich bieliznę. Pan Izaak przed wywózką zostawił dwie walizki u młodego Stefana Krawczyka. Miał je oddać córce, jeśli wróci.
— Wróciła?
Melania spojrzała w okno.
— Podobno jedna córka przeżyła. Róża. Przyjechała po wojnie do Radomia. Pytała o dom. Krawczyk powiedział, że nic nie zostało. Że Niemcy zabrali. Że ludzie gadają.
Ścisnęłam torbę z dokumentami.
— Skąd pani to wie?
— Bo moja matka widziała, jak Róża płakała pod bramą. A potem Stefan dostał nowe stanowisko i mieszkanie. Ludzie nauczyli się milczeć.
W gardle miałam kamień.
— Pani Melanio, co ja mam zrobić?
Spojrzała na mnie ostro.
— Nie dawaj tego mężowi. Nie dawaj teściowej. Nie dawaj Krawczykowi. Najpierw zrób kopie dokumentów. Idź do proboszcza albo do adwokata, jeśli znasz uczciwego. I napisz do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Oni mają archiwa. Mogą szukać nazwisk.
— A jeśli ktoś powie, że to majątek państwowy?
— Powiedzą. Bo najłatwiej okraść umarłych w imieniu porządku.
Tego samego dnia wzięłam wolne z pracy.
Ryszard był wściekły.
— Po co ci wolne? Mieliśmy dziś wynosić gruz.
— Muszę do lekarza z Pawłem.