Skłamałam.
Pojechałam autobusem do centrum, z Pawłem za rękę i torbą dokumentów pod płaszczem. U fotografa, który robił zdjęcia do dowodów, poprosiłam o odbitki dokumentów. Patrzył dziwnie, ale pieniądze przyjął. Potem poszłam do kancelarii starego adwokata, mecenasa Boruckiego, którego znałam z zakładu, bo kiedyś pomógł robotnikowi po wypadku.
Przeczytał list Izaaka Landaua.
Potem drugi.
Potem notes.
Długo milczał.
— Pani Wiesławo, to jest sprawa delikatna. Bardzo.
— Czyli mam oddać?
— Nie powiedziałem tego. Powiedziałem, że trzeba zrobić to tak, żeby rzeczy nie zniknęły w pierwszej szufladzie. Sporządzimy protokół znalezienia z dwoma świadkami. Zabezpieczymy dokumenty. Kosztowności najlepiej spisać przy świadkach, nie samemu. I trzeba ustalić, czy żyje Róża Landau albo jej potomkowie.
— A Krawczyk?
Mecenas zdjął okulary.
— Jeśli list jest prawdziwy, pan Krawczyk będzie bardzo zainteresowany, żeby pani wyglądała na złodziejkę.
Miał rację.
Wieczorem, gdy wróciłam, w mieszkaniu czekał Ryszard, Genowefa, Elżbieta, Zenek i Stefan Krawczyk.
Przewodniczący rady zakładowej siedział przy naszym stole z czapką w dłoni i miną dobrotliwego urzędnika.
— Pani Wiesławo — zaczął — doszły mnie słuchy, że znaleźli państwo jakieś stare przedmioty. Takie rzeczy należy zgłaszać przez zakład. Nie wolno ich ukrywać.
Ryszard patrzył na mnie z pretensją.
— Mama mówiła, żeby iść do przewodniczącego. On wie, co robić.
Genowefa skinęła głową.
— Nie będziemy przez ciebie mieć kłopotów.
Postawiłam torbę na podłodze.
— Już zgłosiłam.
Krawczyk zamarł na pół sekundy.
— Komu?
— Adwokatowi. Dokumenty są skopiowane. Jutro przyjdzie sporządzić protokół z panią Melanią i jeszcze jednym świadkiem.
Elżbieta syknęła:
— Zwariowałaś?
Krawczyk uśmiechnął się, ale oczy miał zimne.
— Pani nie rozumie mechanizmów, obywatelko. Takie sprawy załatwia się służbowo.
— Właśnie dlatego nie załatwiam ich z panem po cichu.
Jego palce zacisnęły się na czapce.
— Proszę uważać. Przydział mieszkania można jeszcze weryfikować.
Ryszard pobladł.
— Panie przewodniczący…
Wtedy pani Melania weszła bez pukania.
Za nią mecenas Borucki.
— Dobry wieczór — powiedział adwokat. — Właśnie dlatego dobrze, że przyjechałem wcześniej.
Krawczyk wstał.
— A pan tu w jakim charakterze?
— Jako pełnomocnik pani Wiesławy przy zabezpieczeniu znaleziska i jako świadek rozmowy, w której pan właśnie sugerował możliwość odebrania mieszkania w zamian za milczenie.
W kuchni zapadła cisza.
Genowefa pierwszy raz nie wiedziała, co powiedzieć.
Następnego ranka spisano zawartość walizek.
Nie w tajemnicy.
Przy stole, z protokołem, świadkami i każdą rzeczą opisaną osobno.
Złote monety: czterdzieści dwie.
Srebrne sztućce z inicjałami L.
Zegarek kieszonkowy z grawerem.
Brosza.
Dokumenty własności.
Listy.
Metryki.
Notes.