— Nie muszę sam. Rozmawiałem z pracownikiem socjalnym. Babcia ma prawo do świadczeń, rehabilitacji domowej i pomocy pielęgniarki środowiskowej. Mam też podpisaną umowę najmu. A jeśli chodzi o pieniądze ze sprzedaży domu, złożymy zawiadomienie.
Marek zaśmiał się sucho.
— Zawiadomienie? Na własnego ojca?
Kacper spojrzał na babcię.
— Na człowieka, który okłamał własną matkę.
Pani Stefania przez chwilę milczała.
Potem powoli wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni wnuka.
— Chcę wyjść.
Marek odwrócił się do niej gwałtownie.
— Mamo, nie mów tak pod wpływem emocji.
— Przez pięć lat mówiłam pod wpływem waszych decyzji — odpowiedziała cicho. — Teraz mówię pod wpływem własnej.
To było pierwsze zdanie od dawna, w którym brzmiała dawna Stefania.
Ta, która potrafiła prowadzić dom, pilnować rachunków, kłócić się z gazownią i wychowywać syna bez narzekania, gdy mąż chorował.
Kacper uśmiechnął się, ale oczy miał mokre.
— Spakujemy rzeczy.
Marek próbował jeszcze rozmawiać z kierowniczką domu opieki. Próbował mówić o nieodpowiedzialności, o wieku, o „buncie nastolatka”. Ale Kacper miał pełnoletność, dokumenty, zgodę babci i pracownicę socjalną, która przyjechała po telefonie od niego.
Pani Alina, kierowniczka, była kobietą po pięćdziesiątce, z okularami na łańcuszku i głosem, który nie znosił marnowania czasu.
— Pani Stefania może opuścić placówkę, jeśli taka jest jej wola — powiedziała. — Nie ma orzeczenia o ubezwłasnowolnieniu. Nie ma podstaw, żeby ją zatrzymywać.
— Ale mój syn manipuluje seniorką! — powiedział Marek.
Pani Alina spojrzała na niego zimno.
— Panie Marku, przez ostatnie dwa lata pański syn odwiedzał panią Stefanię częściej niż pan. Jeśli sąd będzie oceniał więź i troskę, radziłabym panu ważyć słowa.
Marek zamilkł.
Beata wyszła na korytarz i zaczęła do kogoś dzwonić.
Pani Stefania pakowała powoli.
Nie miała dużo.
Kilka ubrań. Kapcie. Leki. Zdjęcie męża. Krzyżówki od Kacpra. Mały kubek z pękniętym uchem, który jednak zabrała, bo wnuk przyniósł jej go rok wcześniej z wycieczki.
Na koniec zdjęła z parapetu doniczkę z małym czerwonym pelargonium.
— To też? — zapytał Kacper.
— To też. Róże zabrali. Tego nie zabiorą.
Kiedy wychodzili korytarzem, kilka seniorek stało w drzwiach pokoi.
Pani Irena, współlokatorka, płakała.
— Stefciu, dzwoń.
— Będę.
— I nie daj się już nigdzie zamknąć.
Pani Stefania uśmiechnęła się przez łzy.
— Postaram się.
Kacper niósł walizkę. Pani Stefania szła powoli obok niego, opierając się na lasce. Marek i Beata stali przy wyjściu jak ludzie, którzy przyszli odebrać posłuszeństwo, a dostali świadków.
Przed budynkiem czekał stary volkswagen.
Nie Kacpra.
Pana Rybaka.
Sąsiad wysiadł, zdjął czapkę i spojrzał na panią Stefanię.
— Pani Stefciu.
Zatrzymała się.
— Panie Janku…
— Przepraszam — powiedział od razu. — Powinienem był wcześniej przyjechać. Marek mówił, że pani nie chce kontaktu. Że źle się pani czuje. Że ma pani spokój.
Pani Stefania spojrzała na syna.
Marek odwrócił wzrok.
— Dużo mi mówiono przez ostatnie lata — powiedziała.
Pan Rybak otworzył tylne drzwi.
— To teraz proszę pozwolić, że choć raz zawiozę panią tam, gdzie pani chce.
Mieszkanie Kacpra było naprawdę małe.
Jeden pokój, aneks kuchenny, łazienka z prysznicem bez wysokiego brodzika i rozkładana kanapa dla niego. Dla babci kupił używane łóżko rehabilitacyjne, które skręcał z kolegą całą noc. Na parapecie stała nowa doniczka z ziemią.
— Na co? — zapytała pani Stefania.
Kacper spuścił wzrok.
— Pan Rybak wykopał jedną małą sadzonkę róży, zanim zrównali ogródek. Przechował ją u siebie. Nie wiem, czy się przyjmie.
Pani Stefania usiadła na łóżku.
Przez chwilę patrzyła na doniczkę.
Potem zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.
Kacper uklęknął przy niej.
— Babciu…