Pani Stefania nie dotknęła koperty od razu.
Patrzyła na nią tak, jakby papier mógł ugryźć.
— Kacper — powiedziała cicho — o czym ty mówisz?
Marek zrobił krok do łóżka.
— Mamo, nie słuchaj go. On nie rozumie dorosłych spraw.
Kacper odwrócił się do ojca.
— Rozumiałem wystarczająco dużo, kiedy miałem trzynaście lat i patrzyłem, jak pakujesz babcię do samochodu jak zbędny mebel.
Marek zesztywniał.
— Uważaj, jak mówisz do ojca.
— A ty uważaj, jak mówisz do matki.
Beata prychnęła.
— Co za teatr. Stefania, proszę pani, naprawdę nie musi pani tego znosić. Kacper jest młody, nakręcony, nie wie, ile kosztuje opieka, lekarze, leki—
— Wiem — przerwał jej Kacper. — Dlatego od pół roku proszę dom opieki o zestawienia płatności.
Marek zamarł.
— Co?
Kacper wyjął z plecaka kolejne kartki.
— Wiem, ile płaciłeś. Wiem, ile wynosiła emerytura babci. Wiem też, że po sprzedaży domu pieniądze nie trafiły na osobne konto babci, tylko na twoje.
Pani Stefania powoli podniosła wzrok na syna.
— Sprzedałeś dom?
Marek nie odpowiedział.
To było gorsze niż zaprzeczenie.
— Marek — powiedziała. — Sprzedałeś dom po ojcu?
— Mamo, to nie było takie proste.
Jej twarz zmieniła się w jednej chwili.
Nie rozpłakała się.
Nie krzyknęła.
Tylko coś bardzo starego i zmęczonego usiadło jej w oczach.
— Pytam, czy sprzedałeś dom.
Marek potarł twarz.
— Dom wymagał remontu. Dach przeciekał. Instalacja była stara. Ty nie mogłaś tam mieszkać sama. Trzeba było jakoś opłacić opiekę.
Kacper rzucił na łóżko wydruk aktu notarialnego.
— Sprzedałeś go firmie kuzyna Beaty za mniej niż połowę wartości.
Beata zrobiła się czerwona.
— To jest pomówienie.
— Mam wycenę rzeczoznawcy. I ogłoszenie, które pojawiło się trzy miesiące później, już po „remoncie”. Sprzedaliście dalej z dużym zyskiem.
Marek odwrócił się do syna.
— Skąd ty to masz?
Kacper uśmiechnął się krótko.
— Z internetu, z ksiąg wieczystych i od sąsiada babci, pana Rybaka. Tego, któremu kazałeś się nie wtrącać.
Pani Stefania zamknęła oczy.
Pan Rybak.
Sąsiad z naprzeciwka. Człowiek, który co zimę odśnieżał jej kawałek chodnika, a ona zanosiła mu makowiec na święta.
— On wiedział? — zapytała.
Kacper usiadł obok niej.
— Podejrzewał. Kiedy skończyłem osiemnaście lat, poszedłem do niego. Pokazał mi zdjęcia.
— Jakie zdjęcia?
Z koperty wysunął kilka fotografii.
Dom przy ulicy Brzozowej.
Jej dom.
Najpierw z tabliczką „sprzedane”.
Potem z kontenerem na gruz.
Potem bez róż.
Pani Stefania dotknęła zdjęcia drżącym palcem.
— Róże…
Głos jej się załamał dopiero przy tym.
Nie przy pieniądzach.
Nie przy akcie notarialnym.
Przy różach, które pan Wacław posadził po ich trzydziestej rocznicy ślubu.
— Wyrwali je — powiedziała.
Kacper zacisnął szczękę.
— Tak.
Marek westchnął z irytacją, jakby naprawdę uważał, że kobieta w domu opieki przesadza z powodu krzaków.
— Mamo, to były tylko róże.
Pani Stefania podniosła głowę.
— Nie. To był twój ojciec.
Te słowa uciszyły go bardziej niż krzyk.
Beata zerknęła na zegarek.
— Dobrze, koniec tego. Mamy sprawy do załatwienia. Kacper, pakuj się i jedziemy. Pani Stefania zostaje, bo tutaj ma opiekę.
— Nie zostaje — powiedział Kacper.
— Nie utrzymasz jej. To nie zabawa.