Dokładnie wiem, jaki potwór budzi się we mnie, gdy moje dziecko drży na zimnej podłodze. Znam dokładne współrzędne moich granic. Nauczyłam się, jaka jest zasadnicza różnica między kochaniem partnera a powolnym pożeraniem własnej duszy, by karmić jego bezdenne niedoskonałości.
Wciąż chodzę korytarzami szpitala św. Klemensa. Nadal z tą samą skrupulatną starannością sporządzę wykres parametrów życiowych moich pacjentów. Nadal jadę do domu, o którego utrzymanie toczyłam walkę. Nadal wślizguję się do pokoju Noaha, tuląc Kapitana pod brodą, stojąc w aksamitnej ciemności, by usłyszeć jego oddech.
Ale teraz jest inaczej.
Światło na ganku zawsze się pali, gdy wjeżdżam na podjazd. Dbam o to. Bo teraz zostawiam je zapalone dla siebie.