Rozpaczliwie chcę napisać, że Diane posiadała mikroskopijną cząstkę ludzkiej godności i trzymała się w cieniu. Ale narcyzi mają alergię na ignorowanie.
Wytropiła mnie. Zostałam zarejestrowana w ramach spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, ale Diane była przebiegła. Pożyczyła kartę firmową lata temu i miała fotograficzną pamięć do szczegółów finansowych. Jej spryt był cechą, którą kiedyś podziwiałam, naiwnie wierząc, że wykorzysta go do budowania kariery, a nie do rozwalania mi życia.
Zapukała do pokoju 412 po południu trzeciego dnia.
Stałe polecenie Patricii rozbrzmiewało mi w głowie: Nie angażować się. Niech machina prawna ich zmiażdży. Każda nieautoryzowana komunikacja może zagrozić naszej pozycji.
Rozumiałam ryzyko. Zgodziłam się na tę strategię.
Mimo to odryglowałam drzwi.
Nie działałam ze słabości. Realizowałam plan. Głęboko w kieszeni mojego grubego wełnianego kardiganu, aplikacja do nagrywania głosu w moim smartfonie cicho nagrywała.
Diane wyglądała odrażająco. Jej oczy były opuchnięte i zaczerwienione, a blond włosy tłuste i splątane. Drżała z zimna pod szytym na miarę płaszczem w kolorze kamelowym. Od razu rozpoznałam przeszycia; kupiłam jej go na ostatnie święta, bo nie stać jej było na porządną zimową kurtkę. Stojąc tam, wyglądała dokładnie jak bezradna dziewczynka, którą chroniłam przed światem przez całe dzieciństwo.