Rozpoczęła swój wyćwiczony monolog. Płakała nad tym, jak to „po prostu się stało”. Jak bardzo wszechświat jest chaotyczny. Jak Marcus przysiągł jej, że moje małżeństwo to pusta skorupa, że jesteśmy prawnie rozdzieleni, choć formalnie, że w zasadzie dał jej pozwolenie na odebranie mu serca.
Pozwoliłam jej wyrzucić z siebie te wymówki. Potem trafiłam w czuły punkt.
„Wyjaśnij mi te siedemnaście tysięcy dolarów” – zażądałam, a mój głos brzmiał nijako.
Zamarła jak jeleń w świetle reflektorów.
„Zaliczka za najem Birchwood” – wyjaśniłam precyzyjnie. „Kaucja za wprowadzenie się. Nazwisko na umowie”.
Jej wzrok biegał nerwowo. „On… powiedział mi, że to tajny fundusz, który zbudował ze swoich premii”.
„To były czesne twojego siostrzeńca, Diane” – powiedziałam cicho.
Tamta pękła. Zawodziła wysokim, teatralnym tonem. Przysięgała na swoje życie, że nie znała źródła. Obiecała, że prędzej umrze z głodu na ulicy, niż okradnie dziecko. Wymiotowała wymówkami, usprawiedliwieniami i żałosnymi prośbami o litość, wszystko perfekcyjnie uchwycone przez mikrofon w mojej kieszeni.
Ale kiedy mówiła, w mojej głowie skrystalizowało się przerażające uświadomienie.
Mówiła przez dwanaście nieprzerwanych minut. Płakała nad swoją zrujnowaną reputacją. Płakała nad Marcusem. Płakała nad swoim chronicznym pechem i traumatycznym dzieciństwem.
Ale nigdy nie zapytała o Noaha.
Ani razu.