Jego głos był pozbawiony wyrazu.
Spojrzała w stronę chaty.
“Odjazd.”
Skinął głową, jakby wiedział to już przed zadaniem pytania.
Późnym popołudniem polana wyglądała niemal zwyczajnie, jeśli nie wiedziało się, gdzie patrzeć. Krew była ciemna pod zrytą ziemią. Ciała zniknęły. Ślady psów rozproszyły się w chaosie. Ptaki zaczęły wracać na gałęzie.
Pozostała tylko chata.
Ich chata.
W środku wszystko wydawało się przejmująco małe. Krzywy stół. Plecione krzesło. Łóżko z narzutą z jeleniej skóry. Półka, na której Ayana trzymała zioła w zawiązanych wiązkach. Narzędzia Josiaha. Gliniany kubek z pęknięciem z jednej strony. Dwa życia skondensowane w przedmiotach, których nie dało się zabrać ze sobą.
Josiah przesunął dłonią po stole.
„Zrobiłem to dzień po tym, jak nauczyłem się stać.”
„Pamiętam.”
„Mówiłeś, że jedna noga jest nie tak.”
“To jest.”
„Powiedziałeś to uprzejmie.”
„Kłamałem.”