Stałam przed półką jak człowiek, który trafił do obcego kraju. Karma sucha, karma mokra, miski, smycze, szampony, jakieś przysmaki, tabletki na stawy. Sprzedawczyni zapytała, jaka rasa.
Rasa.
Prawie się roześmiałam.
Tobi miał rasę tych, których kiedyś wyrzucono, ale którzy nie przestali kochać ludzi.
— Stary pies — powiedziałam. — Z ulicy.
Sprzedawczyni od razu złagodniała.
— To proszę wziąć coś miękkiego. I miskę z gumą pod spodem. Starszym psom łapy się rozjeżdżają na panelach.
Niosłam torby do domu i myślałam, że tydzień wcześniej złościłabym się na każdy dodatkowy wydatek.
A teraz bałam się tylko tego, żeby Tobi czekał pod drzwiami.
Czekał.
Leżał pod pokojem Kasi. Kiedy weszłam, podniósł głowę i machnął ogonem.
Jeden raz.
— No dobrze, bohaterze — powiedziałam. — Teraz jesteś nasz.
Wieczorem Kasia siedziała przy nim na podłodze i opowiadała mu o szkole. O pani od matematyki, o koleżance, która powiedziała, że bezpańskie psy są obrzydliwe, i o tym, że ona, Kasia, już nigdy nie przejdzie obojętnie obok głodnego zwierzęcia.
— Ona cię po prostu nie zna — mówiła córka, drapiąc go za uchem. — Tak jak mama cię nie znała.
Udawałam, że nie słyszę.
Ale słyszałam.
Pierwsze tygodnie nie były łatwe.
Tobi bał się windy. Schody były dla niego męczące. Na głośniejsze rozmowy na klatce wciskał się w ścianę. Jadł powoli, jakby nie wierzył, że miska zostanie na miejscu.
Kiedy pierwszy raz kąpałyśmy go w wannie, trząsł się cały.
— Mamo, może przestańmy — szepnęła Kasia. — On się boi.
— Wiem, kochanie. Ale będzie mu lżej.
Trzymała ręcznik, a ja polewałam go ciepłą wodą. Brud spływał ciemnymi smugami. Pod mokrą sierścią był jeszcze chudszy.
Pomyślałam wtedy, ile nocy spędził na zimnie. Ile razy ktoś go przegonił. Ile razy dziecko wyciągało do niego rękę, a dorosły krzyczał: „Nie ruszaj!”.
Kiedy go wytarłyśmy, Kasia przyniosła swój stary koc.
— To dla niego.
— Przecież to twój ulubiony.
— Już nie — powiedziała.
Tobi nie położył się od razu. Najpierw obwąchał koc. Spojrzał na nas. Potem ułożył się na samym brzegu, jakby nie miał prawa zająć całego miejsca.
— Możesz — powiedziała Kasia. — Cały jest twój.
Zamknął oczy.
I chyba pierwszy raz zasnął naprawdę.
Sąsiedzi reagowali różnie.
Pani Halina z drugiego piętra przez kilka dni udawała, że mnie nie widzi. Ta sama pani Halina, która patrzyła z balkonu, gdy czerwony samochód zatrzymał się przy moim dziecku.
Spotkałam ją przy skrzynkach na listy.
— Pani Aniu — zaczęła, choć nigdy wcześniej nie mówiła do mnie po imieniu. — Ja wtedy naprawdę nie wiedziałam…
Popatrzyłam na nią.
— Co pani nie wiedziała?
Ścisnęła reklamówkę z pieczywem.
— No… że to coś takiego. Myślałam, że może znajomy. Może ktoś z rodziny.
— I dlatego powiedziała pani: „Nie moje dziecko, nie moja sprawa”?
Jej twarz stwardniała, a potem od razu opadła.
— Człowiek czasem gada głupoty, żeby nie czuć wstydu.
To zdanie było bardziej prawdziwe niż przeprosiny.
Nie wybaczyłam jej od razu. Nie będę udawać, że jedno westchnienie wystarczyło.
Ale nie krzyczałam.
Może dlatego, że sama miałam swoje „głupoty”, którymi próbowałam przykryć strach.
Następnego ranka pod naszymi drzwiami leżała paczka miękkiej karmy.
Bez karteczki.