
– Kurczak, czyli? No dobrze, może być – i usiadł. Nie zapytał, gdzie się rozebrać, nie pochwalił zapachu, nie powiedział ani słowa o nakrytym stole. Po prostu usiadł. W milczeniu wyjęłam blachę z piekarnika. W kuchni pachniało czosnkiem, rozmarynem i lekkim napięciem. Poczułam, jak wewnątrz powoli ściska się coś podobnego do rozczarowania. Nie dlatego, że chciałam, by padł z zachwytu – nie. Tylko dlatego, że zwykła uwaga to jak sól: bez niej wszystko smakuje nijako. – Chociaż spróbuj – powiedziałam, stawiając przed nim talerz. – A, no tak. – Wbił leniwie widelec w kurczaka, przeżuł, skinął głową. – Niezłe. Tylko trochę za mało soli. Uśmiechnęłam się z trudem. „Za mało soli” – przełknęłam te słowa razem z dziesiątkami myśli, których nie wypowiedziałam. Jadł, brzęczał sztućcami i rozglądał się po mieszkaniu, jakby szukał, gdzie tu są moje słabe punkty: stare tapety, plama na ścianie, kurz na półce. – Przytulnie u ciebie – rzucił w końcu.