Dr Hayes zmarszczył brwi, marszcząc brwi z niepokojem. „Tygodnie?”
„Pogorszyło mi się dzisiaj. Zawroty głowy. Mdłości. Czuję się, jakby… coś się rozerwało”.
Te słowa w końcu przykuły jego niepodzielną uwagę. Odwrócił się do pielęgniarek, a jego głos brzmiał cicho i stanowczo. „Załatwcie mi badania laboratoryjne, kroplówki, grupę krwi i krzyżyk. Chcę natychmiast zrobić tomografię komputerową brzucha i miednicy”.
„Zaczekajcie chwilę” – przerwała jej Eleanor, robiąc krok naprzód, a na jej twarzy malowało się oburzenie. „TK? Czy to nie jest strasznie drogie? Harper jest teraz między kontraktami. Ona…
Nie mam ubezpieczenia premium”.
Dr Hayes nawet nie zauważył jej obecności. „Ciśnienie jej gwałtownie spada i odczuwa silny ból. Potrzebuję obrazowania”.
„Ma zwyczaj katastrofizowania” – upierała się moja matka, a jej głos stwardniał, nieświadoma powagi sytuacji. „Ślub jej siostry jest w tę sobotę. Nie możemy zatwierdzić mnóstwa niepotrzebnych, kosztownych badań tylko dlatego, że Harper ma atak”.
Wpatrywałam się w kobietę, która mnie urodziła, oszołomiona nie tylko jej słowami, ale i bezceremonialnym okrucieństwem, z jakim je poniosła. Jakby moje drżące, cierpiące ciało na szpitalnym noszach było jak cieknący kran – niedogodność, z którą trzeba sobie poradzić szybko i tanio.