Cliffhanger: Zamknęłam aplikację, niebieskie światło telefonu unosiło się w moim polu widzenia niczym widmo, i wybrałam numer druhny. „Megan” – powiedziałam głosem spokojnym jak chirurg – „czas aktywować plan awaryjny”.
Rozdział 2: Koronacja Złotej Dziewczyny
Aby zrozumieć suknię w kolorze kości słoniowej, trzeba poznać historię sióstr Sheridan. Paige jest o trzy lata starsza, kobieta, która zajmuje przestrzeń z godnością królewskiej dziedziczki. Kiedy trzy lata temu zaręczyła się z Coltonem, Beverly potraktowała to wydarzenie jak pogrzeb państwowy dla Paige z czasów jej dzieciństwa i koronację dla jej kobiecości.
Same zakupy sukni były odyseją. Pierwsza wizyta była ekskluzywnym wydarzeniem w Nashville – brunch w bistro, gdzie mimosy kosztowały więcej niż moja suknia dyplomowa, a potem prywatne spotkanie. Beverly opublikowała siedemnaście zdjęć z tego dnia. Podczas drugiej wizyty „pozwolono” mi wziąć udział. Jechałam czterdzieści minut do butiku, gdzie powietrze pachniało liliami i osądem.
Pamiętam, jak Paige wirowała w sukni o kroju syreny, a słońce odbijało się w jedwabiu. „Ten dekolt jest na tobie oszałamiający” – odważyłam się powiedzieć, próbując załagodzić dzielącą nas przepaść.
Beverly spojrzała na mnie znad okularów do czytania, a na jej twarzy malowało się znużenie i współczucie. „Nie wygłaszaj zbyt wielu opinii, Wendy. Nie rozumiesz estetyki swojej siostry”. Spędziłam dwie godziny na aksamitnej kanapie w kolorze kości słoniowej, trzymając designerską torebkę Paige, niczym milcząca obserwatorka, zdana na siebie.
Trzecia wizyta? Nawet mnie nie powiadomiono. Dowiedziałam się o tym z albumu zatytułowanego „Finding Perfection for My Perfect Girl”. Przedstawiał on profesjonalnego fotografa i Paige trzymającą białe piwonie, podczas gdy Beverly ocierała oczy chusteczką z monogramem.
Z kolei, kiedy Luke mi się oświadczył, nie było fotografów. Siedzieliśmy na ganku, a w powietrzu unosił się zapach grillowanych steków. Luke jest inżynierem budowlanym – człowiekiem, który mówi projektami i okazuje miłość, budując. Zbudował moje regały na książki, moje grządki ogrodowe, a w końcu moją pewność siebie. Postawił na balustradzie małe drewniane pudełko obok mojej słodkiej herbaty i powiedział: „Wendy, ja…”
„Tak” – wyszeptałam, zanim zdążył dokończyć. Roześmialiśmy się, steki zrumieniły się na chrupko i przez chwilę świat idealnie się ułożył.
Kiedy zadzwoniłam do Beverly, żeby jej powiedzieć, zapadła cisza. Potem: „Mam nadzieję, że wie, w co się pakuje”.
Nie „Cieszę się z twojego szczęścia”. Nie „Pokaż mi pierścionek”. Tylko ostrzeżenie, jakbym była wadą konstrukcyjną budynku, który Luke był na tyle głupi, żeby kupić. Luke słyszał to wszystko przez głośnik. Nie powiedział ani słowa, ale później tego wieczoru położył dłoń na moim
houlder. „Twoja matka nie może definiować twojej wartości, Wendy. I nie potrzebujesz jej pozwolenia, żeby być szczęśliwa”.
Uwierzyłam mu. Ale nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo Beverly będzie walczyć, żeby udowodnić mu, że się myli.