
Mąż umarł w październiku. W grudniu przyszło wezwanie z przychodni weterynaryjnej w Lublinie – że kot nie zgłosił się na szczepienie. Nie mieliśmy kota. Pojechałam pod ten adres. Drzwi otworzyła kobieta w jego swetrze
– Mama, to pewnie pomyłka – powiedział Bartek, kiedy pokazałam mu kopertę. – Wyrzuć to.
Ale ja znałam ten adres. Ulica Piłsudskiego w Lublinie. Andrzej jeździł tam co kilka tygodni, bo miał klienta – hurtownię materiałów budowlanych. Trzydzieści lat w handlu, ciągle w trasie, ja dawno przestałam pytać o szczegóły. Każdy wyjazd wyglądał tak samo – walizka przy drzwiach, buziaczek w policzek, wrócę w czwartek.
A teraz siedziałam w kuchni z kopertą od weterynarza i czytałam po raz trzeci: “Przypominamy o zaległym szczepieniu kota o imieniu Figaro, zarejestrowanego na Andrzeja Modzelewskiego.” Nasz adres w Częstochowie, zapisany starannym pismem recepcjonistki. Numer telefonu Andrzeja.
Bartek miał rację, powinnam to wyrzucić. Andrzej nie żył od dwóch miesięcy, a ja od dwóch miesięcy próbowałam się z tym ułożyć. Wstawałam rano, otwierałam aptekę, wydawałam leki, zamykałam aptekę, wracałam do pustego mieszkania. Każdy dzień miał swój porządek i ten porządek mnie trzymał. Koperta od weterynarza w niego nie pasowała.
Pojechałam trzy dni później. Nie powiedziałam Bartkowi, nie powiedziałam siostrze. Wsiadłam w pociąg o szóstej rano, z kopertą w torebce, jak dowód rzeczowy.
Lublin powitał mnie grudniowym deszczem. Ulicę Piłsudskiego znalazłam szybko – blok z lat dziewięćdziesiątych, jaśniejszy niż się spodziewałam. Klatka schodowa pachniała środkiem do mycia podłóg. Drugie piętro, drzwi po lewej. Zadzwoniłam.
Otworzyła kobieta, jakieś trzydzieści pięć lat, może mniej. Ciemne włosy ściągnięte w kucyk, zmęczona twarz bez makijażu. I ten sweter – granatowy, z łatą na łokciu, który sama cerował mu dwa lata temu. Rozpoznałabym go z zamkniętymi oczami.
– Dzień dobry – powiedziałam. – Nazywam się Ewa Modzelewska.
Zobaczyłam, jak bieleje. Nie kolor skóry, coś głębszego – jakby ktoś zgasił w niej światło.
– Proszę wejść – szepnęła.
Mieszkanie było małe. Kanapę zajmował rudy kocur, który nawet nie podniósł głowy. Figaro, pomyślałam. Na ścianie wisiały dwa zdjęcia w ramkach – na jednym kobieta jako kilkuletnia dziewczynka, na drugim Andrzej. Młody, może dwudziestoletni, uśmiechnięty w sposób, którego nigdy u niego nie widziałam. Beztroski.
– Jestem Natalia – powiedziała. Stała przy oknie, jakby szukała drogi ucieczki. – Andrzej… on był moim ojcem.