„Mój ślub” – oznajmił dumnie Ethan, a jego samozadowolenie niemal wibrowało w słuchawce. „Olivia i ja bierzemy ślub w przyszłym miesiącu w Oakridge Country Club u siebie w domu”.
Zamknęłam oczy, kręcąc głową z niedowierzaniem wobec jego czystej, oszałamiającej zuchwałości. Nie chciał, żebym tam była, żeby świętować. Chciał, żebym była rekwizytem. Chciał, żebym siedziała w ławkach, porzucona, niedoskonała pierwsza żona, stanowiąca ostateczne, żałosne tło dla jego triumfalnego nowego życia.
„Nie będę na tym przyjęciu, Ethan” – odpowiedziałam chłodno. „Nie rozmawialiśmy od lat. To wysoce niestosowne”.
„Och, nie bądź zgorzkniała, Claire” – prychnął Ethan, a w jego głosie pobrzmiewała złośliwa, okrutna nuta. „Przynajmniej bądź na tyle dojrzała, żeby przyjść i się pokazać. Musisz zobaczyć, że życie toczy się dalej. W końcu dostaję życie, na jakie zasługuję”.
Zamilkł, pozwalając, by ciężkie, wyrachowane milczenie zawisło w powietrzu, zanim zadał cios, który, jak wiedział, całkowicie zniszczyłby kobietę, którą wciąż we mnie uważał.
„Poza tym” – kontynuował Ethan, cicho, złośliwie się śmiejąc. „Na przyjęciu będzie specjalne ogłoszenie. Olivia jest już w ciąży. Będziemy mieli chłopca”.
Słowa zawisły w powietrzu, niczym celowy, socjopatyczny wbijający nóż w moją najgłębszą, najciemniejszą niepewność.
„Ona nie jest taka jak ty, Claire” – wyszeptał Ethan, broniąc macierzyństwa jako najwyższego symbolu statusu. „Ona naprawdę może mi dać prawdziwą rodzinę. Pomyślałam tylko, że powinnaś wiedzieć”.
Rozłączył się, zanim zdążyłam odpowiedzieć, zostawiając w uchu dźwięk wybierania.
Zamierzał mnie złamać. Zamierzał wpędzić w otchłań rozpaczy, przypomnieć mi o niezliczonych łzach, które wylałam w samotności, podczas gdy on obwiniał moje ciało za pustkę w naszym domu.
Ale stojąc w ogromnej, luksusowej garderobie mojego rozległego penthouse’u w Chicago, nie płakałam. Nie osunęłam się na podłogę.
Spojrzałam przez pokój na mojego męża, Daniela Mercera. Daniel był cichym, błyskotliwym, zaciekle opiekuńczym miliarderem i inwestorem nieruchomości, który przez ostatnie trzy lata pokazywał mi, jak wygląda prawdziwa, bezwarunkowa miłość. Właśnie poprawiał platynowe spinki do mankietów swojej eleganckiej, białej koszuli, a jego oczy patrzyły na mnie z delikatnym zatroskaniem.
Spojrzałam za Daniela, a mój wzrok wylądował na wyspie kuchennej w szafie.
Na aksamitnej powierzchni leżały idealnie ułożone trzy maleńkie, pasujące do siebie, szyte na miarę jedwabne sukienki. Były niewiarygodnie małe, niewiarygodnie piękne i należały do moich biologicznych, rocznych trojaczków – Arii, Belli i Chloe.
Uśmiechnęłam się. To był zimny, promienny, przerażający uśmiech.
Bo patrząc na niezaprzeczalny, żywy dowód mojej własnej, wybuchowej płodności, uświadomiłam sobie druzgocący, bogato udokumentowany fakt medyczny, że Ethan Vance był zbyt arogancki i zbyt głupi, by kiedykolwiek przyznać się przed samym sobą.
Rozdział 2: Wielkie Wejście
„Czy jesteś absolutnie pewna, że chcesz to zrobić?”
„S, Claire?” zapytał cicho Daniel, podchodząc i obejmując mnie w talii od tyłu silnymi ramionami. Oparł brodę na moim ramieniu, patrząc na nasze odbicie w lustrze sięgającym od podłogi do sufitu.
„Nigdy w życiu nie byłam niczego bardziej pewna” – odpowiedziałam, odchylając się w jego objęciach, czując w piersi płomień opiekuńczości. „On chce, żebym była duchem jego przeszłości. Chce, żebym siedziała w ostatnim rzędzie i płakała nad jego „idealną” nową żoną. Dam mu dokładnie to, o co prosił. Pokażę mu swoją twarz”.
Oakridge Country Club znajdował się na zamożnej, pretensjonalnej przedmieściu, gdzie mieszkaliśmy z Ethanem. Było to miejsce, w którym obsesyjnie liczą się rodowód, wygląd i uprzejme, szeptane plotki. Przyjęcie weselne było w pełnym rozkwicie, zanim dotarliśmy na miejsce.
Ciężkie, dębowe drzwi z mosiężnymi klamkami prowadzące do wielkiej sali balowej były zamknięte. Słyszałam radosny, dźwięczny dźwięk zespołu swingowego grającego na żywo w środku, mieszający się z głośnym gwarem dwustu zamożnych gości.