Łazienka wypełniła się parą, pachniała lawendowym płynem do kąpieli dla niemowląt. Uklękłam przy porcelanowej wannie, a moje serce waliło ciężkim, nieregularnym rytmem o żebra. „Dobra, robaczku” – powiedziałam cicho, wymuszając uśmiech, którego nie czułam. „Zdejmijmy tę koszulę”.
Leo jęknął. Aktywnie opierał się uniesieniu prawej ręki. Delikatnie, z precyzją sapera, naciągnęłam mu materiał na głowę. Gdy ciepła woda uderzyła w jego prawą rękę, wydał ostry, wysoki krzyk, który przerwał ciszę domu.
Przestałam oddychać.
Ostrożnie obróciłam jego małą rękę w dłoniach. Nadgarstek był spuchnięty prawie dwukrotnie, wygięty pod obrzydliwym, nienaturalnym kątem. A tam, niczym ciemna zgnilizna, rozkwitały na jego maleńkim, kruchym ramieniu cztery wyraźne, fioletowe siniaki od odcisków palców. Brutalny, miażdżący uścisk.
Cień padł na drzwi łazienki. Tiffany oparła się o framugę, trzymając kieliszek Pinot Noir, a na jej ustach pojawił się rozbawiony uśmieszek.
„On po prostu dramatyzuje, Eleno” – powiedziała, upijając niedbale łyk. „Wczoraj spadł z kanapy, bo cię tu nie było, żeby go pilnować. Cały dzień udawał tę „wiotką” rękę, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wiedziałabyś o tym, gdybyś nie była ciągle na „spotkaniach” w Waszyngtonie”.
Nie krzyknęłam. Nie rzuciłam się na kafelkową podłogę i nie zacisnęłam rąk na jej gardle, mimo że moje mięśnie domagały się przemocy. Moja temperatura wewnętrzna gwałtownie spadła. Przerażona, winna matka wyparowała, natychmiast zastąpiona przez agentkę. Ja
Włączyła tryb Intel. Świat zwolnił. Kąt jej postawy, lekkie rozszerzenie źrenic, wymuszona nonszalancja – kłamała i czerpała z tego przyjemność.