Nawet na nią nie spojrzałem. Wyciągnąłem z kieszeni mocno zmodyfikowany, matowoczarny smartfon. Nie łączył się z komercyjnymi masztami komórkowymi. Był skierowany bezpośrednio do satelity na niskiej orbicie okołoziemskiej. Wybrałem bezpieczny, dwunastocyfrowy, szyfrowany numer.
„Tato?” – powiedziałem. Mój głos nie był mój; był jak zamrożone ostrze. „Stało się. Kod Sierra. Mój dom. Dziesięć minut”.
Po drugiej stronie słuchawki generał Thomas Harrison, były szef JSOC i obecny dyrektor tajnej jednostki wywiadowczej, która oficjalnie nie istniała, nie zadał ani jednego pytania. Westchnął tylko ciężko. „Jednostki w ruchu. Proszę czekać”.
Rozłączyłem się. Tiffany odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się, a dźwięk odbił się od kafelków na ścianach.
„O mój Boże, jesteś żałosna” – zadrwiła, mieszając wino. „Kod Sierra? Dzwonisz do taty, żeby na mnie nakrzyczał? Naprawdę jesteś pośmiewiskiem, Eleno”.
Była tak zajęta chełpieniem się, że nie poczuła nagłego, rytmicznego wibrowania w podłodze. Nie zdawała sobie sprawy, że niski, dudniący szum, który trząsł matowymi szybami okien, to nie przelotna letnia burza. To zsynchronizowane wirniki nisko lecącego, unikającego radarów śmigłowca transportowego, w towarzystwie floty zaciemnionych SUV-ów mknących po naszej cichej podmiejskiej ulicy.
Drzwi wejściowe się nie otworzyły. Zostały gwałtownie wyrwane z zawiasów, a wzmocniony stalowy zamek trzasnął jak kruchy plastik.
Sześciu mężczyzn w czarnym jak smoła rynsztunku taktycznym, z twarzami zasłoniętymi kominiarkami i panoramicznymi goglami noktowizyjnymi, zalało salon w idealnej, przerażającej ciszy. Poruszali się niczym płynny cień. Mark, który właśnie wszedł tylnymi drzwiami z siłowni z koktajlem proteinowym w dłoni, został natychmiast przyparty do ściany przez mężczyznę dwa razy większego od niego. Jego twarz zbladła, a plastikowy kubek z brzękiem upadł na drewnianą podłogę.
„Co to jest?!!” wrzasnął Mark, a jego głos załamał się z przerażenia. „Elena, co się dzieje? Powiedz im, żeby przestali!”