„W ciąży?” powtórzył Raul, ale w jego głosie nie słychać już było furii, tylko strachu.
Lekarz nie odpowiedział. Podszedł do mnie, poprawił prześcieradło na moich ramionach i zniżył głos. „Pani Lucio, proszę, wysłuchaj mnie uważnie. Z powodu twoich obrażeń i ciąży dzwonię do opieki społecznej. Nikt nie będzie cię teraz zmuszał do składania zeznań, ale ty i twoje córki potrzebujecie ochrony”.
Raul parsknął suchym śmiechem. „Ochrony przed czym? To moja żona”. „Dokładnie” – odparł lekarz. „A w tym szpitalu kobieta nie należy do nikogo”.
Nigdy nie słyszałam, żeby mężczyzna tak zwracał się do Raula. Zawsze znajdował sposób na dominację: pieniędzmi, krzykiem, z matką za plecami, która żegnała się i powtarzała, że małżeństwo jest na całe życie. Ale tego popołudnia, w tym białym pokoju, w którym unosił się zapach alkoholu i kroplówek, Raul wydawał się mniejszy.
Wtedy pojawiła się pani Eulalia. Weszła, mocno otulona czarnym szalem, szła energicznie, jakby szpital należał również do niej. „Co zrobili mojemu synowi?” zapytała, nie patrząc na mnie. „Raul zadzwonił do mnie, mówiąc, że jest oskarżony”.