Lekarka powoli poruszyła maszyną. Zmarszczyła brwi. „Czy urodziła pani jeszcze jedno dziecko przed urodzeniem dwóch córek?”. Otworzyłam oczy. „Nie. Tylko Camila i Renata”. „Jesteś pewna?” Zamarłam. „Tak”.
Spojrzała na ekran, a potem na moje pliki. „Tutaj są jakieś”.
„W ciąży?” powtórzył Raul, ale w jego głosie nie słychać już było furii, tylko strachu.
Lekarz nie odpowiedział. Podszedł do mnie, poprawił prześcieradło na moich ramionach i zniżył głos. „Pani Lucio, proszę, wysłuchaj mnie uważnie. Z powodu twoich obrażeń i ciąży dzwonię do opieki społecznej. Nikt nie będzie cię teraz zmuszał do składania zeznań, ale ty i twoje córki potrzebujecie ochrony”.
Raul parsknął suchym śmiechem. „Ochrony przed czym? To moja żona”. „Dokładnie” – odparł lekarz. „A w tym szpitalu kobieta nie należy do nikogo”.
Nigdy nie słyszałam, żeby mężczyzna tak zwracał się do Raula. Zawsze znajdował sposób na dominację: pieniędzmi, krzykiem, z matką za plecami, która żegnała się i powtarzała, że małżeństwo jest na całe życie. Ale tego popołudnia, w tym białym pokoju, w którym unosił się zapach alkoholu i kroplówek, Raul wydawał się mniejszy.
Wtedy pojawiła się pani Eulalia. Weszła, mocno otulona czarnym szalem, szła energicznie, jakby szpital należał również do niej. „Co zrobili mojemu synowi?” zapytała, nie patrząc na mnie. „Raul zadzwonił do mnie, mówiąc, że jest oskarżony”.
Lekarz zwrócił się do niej. „Pani synowa ma poważne obrażenia. I jest w ciąży”. Pani Eulalia zamarła. Nie zdziwiło mnie to, co zobaczyłam na jej twarzy. Była wyrachowana. Jej wzrok przesunął się z mojej macicy na złożone zdjęcie rentgenowskie w dłoni Raula, a potem na drzwi, jakby szukała wyjścia.
„To niemożliwe” – mruknęła. Krew mi zmroziła krew w żyłach. Nie powiedziała: „Jak cudownie”. Nie powiedziała: „Niech Bóg ją błogosławi”. Powiedziała: „To niemożliwe”.
Raul też ją usłyszał. Spojrzał na nią z inną wściekłością. „Dlaczego nie mogłoby tak być, mamo?” Pani Eulalia z trudem przełknęła ślinę. „Bo… Bo ta kobieta jest przebiegła. Kto wie, czyje to dziecko?”
Próbowałam usiąść, ale ból przeszył mi żebra. Mimo to odezwałam się. „Nigdy nie byłam z innym mężczyzną”. „Zamknij się!” krzyknął na mnie Raul.
Lekarz zrobił krok naprzód. „Zmniejsz głos, bo wezwę ochronę”. Ale Raul już na mnie nie patrzył. Patrzył na swoją matkę. „Dlaczego pani to powiedziała?” Pani Eulalia ścisnęła różaniec w palcach. „Bo matka wie rzeczy”.
W tym momencie weszła pracownica socjalna o imieniu Mariana. Przyszła z niebieską teczką i pogodnym spojrzeniem – takim, w którym nie trzeba podnosić głosu, żeby się wesprzeć. „Pani Lucia, pani córki są tutaj. Przyprowadziła je sąsiadka. Są przestraszone, ale nic im nie jest”. Moja dusza wróciła do ciała. „Camila? Renata?” „Są pod opieką pielęgniarską. Zjadły galaretkę i pytają o panią”.