Czasami wciąż śni mi się dziedziniec tego domu. Śnię, że leżę na ziemi i nie mogę wstać. Potem budzę się gwałtownie, szukając kopniaków, których już nie ma. I zawsze dzieje się to samo. Słyszę oddechy moich dzieci w małych pokojach. Słyszę, jak Hope porusza się w łóżeczku. Przez okno widzę świt nad miastem – delikatny, czysty, jakby świat dawał mi kolejną szansę.
Więc wstaję. Robię kawę. Zaplatam włosy. A kiedy moje dzieci się budzą, mówię im to samo każdego dnia, żeby nigdy nie zapomniały: „W tym domu nikt nie jest mniej wart, bo urodził się dziewczynką. Nikt nie jest więcej wart, bo urodził się chłopcem. W tym domu wszyscy urodziliśmy się, by być kochanymi”.
Tego ranka Matthew wyszedł do szkoły ostatni. Przybiegł z powrotem od drzwi i mocno mnie przytulił. „Mamo” – powiedział. To było tylko jedno słowo. Ale sprawiło, że poczułam się siedem lat młodsza. Przytuliłam go z całą czułością świata, tak jak przytula się coś utraconego, kiedy w końcu powraca, i patrząc na słońce wpadające przez okno, wiedziałam, że Raul nie odebrał mi życia. Tylko opóźnił moment, w którym mogłam zacząć go doświadczać.